Stępek Ryszard – Amarantowa teka 75/2026

  • Autor: Stępek Ryszard
  • Tytuł: Amarantowa teka
  • Wydawnictwo: Wielki Sen
  • Seria: Seria z Warszawą (wolumin # 75)
  • Rok wydania: 2015
  • Nakład: nieznany
  • Recenzent: Robert Żebrowski

LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Marka Malinowskiego

Medytacje młodego plutonowego

Ryszard Stępek to kolejna „enigma” klubowej „Serii z Warszawą”. Recenzowana pozycja liczy 127 stron. Powieść drukowana była w odcinkach w „Expressie Wieczornym” w roku 1963.

Amarant to odcień ciemnej czerwieni przechodzącej w fiolet. O Amarantowej Wstążce, czyli polskim odznaczeniu bojowy, słyszałem, amarantowe spodnie widziałem, i to nie raz, amarantową lilię to mam chyba nawet w ogródku, ale o amarantowej tece nie miałem nawet amarantowego, przepraszam. zielonego pojęcia. Użycie tego koloru w tytule budzi we mnie nieodparte wrażenie, że Ryszardem Stępkiem mogła być kobieta, i nie chodzi tu o jakieś zawirowanie płci, ale o zwykły pseudonim literacki. Nie kojarzę, aby mężczyźni – poza jakimiś stylistami – używali takiego słowa jak amarantowy. Dla nas facetów liczy się kilkanaście kolorów: biały, czarny, szary, granatowy, czerwony, zielony, żółty, niebieski, pomarańczowy, brązowy, różowy, błękitny i beżowy, srebrny i złoty. Dla fanów motoryzacji dochodzi jeszcze burgund, bordo, platyna i kość słoniowa, Natomiast to u kobiet, szczególnie w ich butach, odzieży, dodatkach do niej i lakierach do paznokci, pojawiają się: antracytowy, morelowy, karminowy, cukierkowy róż, cynober, ecru, koralowy, limonkowy, łososiowy, turkusowy, kasztanowy, fuksja, zieleń butelkowa, i wiele, wiele innych, w tym amarantowy. Warto też wiedzieć, że to nie jedyny tytuł w „Serii z Warszawą”, w którym mamy nazwę ciekawego koloru. Pojawiają się takie nazwy jak [Kieliszek] bordeaux, tycjan [przekracza granicę], [Skarabeusz z] lapis-lazuli, choć – co ciekawe – nie są w tych tytułach użyte jako przymiotniki, lecz rzeczowniki. Ale stop! Wracam do meritum.

Akcja toczy się w Warszawie, a także w jej okolicach: mieście powiatowym M. położonym przy szlaku kolejowym (jak nic Mińsk Mazowiecki) oraz mieście G. położonym po tej stronie co M., a do tego kilkadziesiąt kilometrów od stolicy (raczej Góra Kalwaria niż Garwolin). Czas akcji to rok 1960 (bo wtedy 11 IX wypadał w niedzielę), choć bardziej prawdopodobne, że rok później, bo testament miał datę 7 IX 1961 roku (jakby nie było, autor „wyłożył się”).

Ela i Zbyszek Binieccy mieszkali na Żoliborzu na ul. Śpiących Rycerzy (ulica fikcyjna, czyżby nawiązanie do stojącego niegdyś na Pradze-Północ Pomnika Braterstwa Broni, potocznie nazywanego „Czterech Śpiących i Trzech Walczących”?). W tym samym budynku mieszkały ich znajome: samotna Irka, która odeszła od męża, a także Danka, od której to mąż odszedł. Z tą drugą mieszkał jej wuj – 75-letni emerytowany radca Polskich Kolei Państwowych – Antoni Markowski, słynny warszawski kolekcjoner bibliofilskich unikatów, sztychów, miniatur i rękopisów. Przyjaźnił się on z doktorem Albinem Munickim – naukowcem z Miejskiego Biura Badań Historycznych, na ręce którego miały być przekazane zbiory kolekcjonera, gdy ten już umrze.

Któregoś dnia, z rana, Markowski wyszedł z domu i już nie wrócił. Danka i jej sąsiedzi, a także adwokat Tomasz Wyszkowski, znajomy Binieckich, próbowali odnaleźć emeryta. Oficjalne poszukiwania wszczęła też milicja, a sprawę tę osobiście prowadził kapitan Wiktor Piotrowski. Z jego polecenia, rozpytania sąsiadów zaginionego realizował plutonowy Jerzy Gajczak. Jego wewnętrzne monologi w trakcie tych czynności, stanowią najweselszą część książki. Rozmowy tak wymęczyły młodego, prostego milicjanta, że po ich zakończeniu udał się prosto do budki z piwem, gdzie wychylił cały kufel.

Zwłoki Markowskiego znaleziono po czterech dniach. Leżały one przy torach kolejowych w okolicy miasta M. Ustalono, że zostały one tam podrzucone, a staruszek padł ofiarą morderstwa. Krąg osób podejrzanych był szeroki: rodzina, w tym były mąż Danki, kolekcjonerzy i handlarze „białych kruków”, a nawet doktor Municki. W ustaleniu sprawcy pomógł przypadek, bardzo nieprawdopodobny przypadek.

Książka jest bardzo lekka w odbiorze, jej fabuła raczej przyjazna czytelnikowi, ale już zakończenie tylko takie sobie, choć z przesłaniem.

PRL-ogizmy: restauracja „U Fukiera” (Rynek Starego Miasta), Klub Prasy Międzynarodowej (róg Nowego Światu i Al. Jerozolimskich), bar „Praha” (Al. Jerozolimskie 11/19) [nie mylić z tym barem, który jest niedaleko kina „Praha”, czyli „Rusałką” przy ul. Floriańskiej 14], Archiwum Dowodów Osobistych, samochody – Moskwicz (zwany Wanią) i Mercedes 220 (tzw. Duży Ponton), gazety – „Przekrój” i „Przyjaciółka”.

Cytaty:
– „Wiedzą sąsiedzi, na czym kto siedzi” (milicyjne powiedzonko)
– „Dzięki Bogu! – pomyślała Ewa, i jak przystało na ateistkę, zastukała dyskretnie w niemalowaną deskę pod stołem: by nie urzec!” (nie ma w tym nic dziwnego, bo często osoby niewierzące używają wyrażeń z odniesieniem do Boga, choć dla mnie jest to całkowicie niezrozumiałe).