Gruszczyński Krzysztof – Linia wysokiego napięcia 486/2025

  • Autor: Gruszczyński Krzysztof, Pietrow Eugeniusz
  • Tytuł: Linia wysokiego napięcia. Wyspa pokoju
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Dział Oświatowo-Szkoleniowy
  • Seria: Biblioteka Teatralna ZMP (nr 1)
  • Rok wydania: 1949 (kwiecień)
  • Nakład: 5000
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Dywersja w wigilię święta ludu pracującego

Recenzowana pozycja liczy 31 stron. Składają się na nią dwie sztuki: „Linia wysokiego napięcia” Krzysztofa Gruszczyńskiego oraz „Wyspa pokoju” Eugeniusza Pietrowa, która jest poza zainteresowaniem naszego klubu. Autor pierwszej z nich, żyjący w latach 1925-1992, powinien być znany Klubowiczom z książki jego autorstwa (współautorstwa) pt. „Dziewiąte ramię ośmiornicy” z roku 1958, a przecież nie jest!

Nie dlatego, że nikt jej nie czytał, ale dlatego, że jej autorstwo w całości przypisywane jest – także w klubowych recenzjach – Krzysztofowi Teodorowi Toeplitzowi, który miał samodzielnie wystąpić pod pseudonimem Krzysztof Deuter. A przecież słowo „deuter” – „deutermium” pochodzi od słowa „drugi” – „podwójny”, w tym przypadku podwójny Krzysztof. Żeby nikt nie pomyślał, że jestem taki mądry, to przyznam się, że do tej pory i ja o tym nie wiedziałem. O tym, że Deuterem jest dueter, przepraszam duet Gruszczyński – Toeplitz dowiedziałem się dopiero opracowując tę recenzję, z bardzo ciekawej, przydatnej i szczegółowej strony internetowej Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk „Polscy pisarze i badacze literatury XX i XXI wieku” , z której wcześniej już korzystałem (przy okazji dowiedziałem się, że „Dziewiąte ramię ośmiornicy” drukowane było przez „Express Wieczorny” na przełomie lat 1957 (numery: 265-309) i 1958 (numery: 1/2 – 16). Gruszczyński był też autorem m.in. scenariusza spektaklu „Morderca składa wizytę” wystawionego w ramach Teatru Telewizji „Kobra” w roku 1961. Podpisał go pseudonimem Jan Kos. Prawda, że brzmi znajomo? Dotychczas uważałem, że twórcą Janka Kosa z „Czterech pancernych i psa” był Janusz Przymanowski, który wydał tę książkę w roku 1964. A tu ci taka niespodzianka! Ktoś powie: przypadek. Niekoniecznie: Gruszczyński i Przymanowski znali się przynajmniej od roku 1944, kiedy to pracowali/służyli w gazecie 1 Armii Wojska Polskiego – „Zwyciężymy”. Nie można wykluczyć, że znajomość tę podtrzymywali po wojnie, a Przymanowski – z sympatii do towarzysza pióra – wykorzystał jego aktualny pseudonim literacki w swojej powieści.

Akcja sztuki toczy się „współcześnie”, czyli w roku 1949, we wsi Witkowice, gdzieś przy samej granicy z Czechami.

Zetempowcy podjęli się zadania, że na święto 1 maja witkowiczanie będą mieli we wsi prąd i będą mogli – po raz pierwszy w życiu – wysłuchać audycji nadawanych w radiu. Nie w smak to było kułakowi Świstakowi, który chodził po wsi i namawiał chłopów, by nie zgadzali się na elektryfikowanie wsi, bo może to doprowadzić do powstawania pożarów. Wcześniej odradzał im zapisywanie się do „Samopomocy Chłopskiej”. Planowane na „wigilijny” przedświąteczny wieczór włączenie prądu napotkało na trudności spowodowane ogromem pracy przy rozprowadzaniu elektryki. By miejscowi zetempowcy mogli dotrzymać terminu, do pomocy im przyjechało trzydziestu członków ZMP z pobliskiego miasta, dwudziestu czterech Czechów ze wsi po drugiej stronie zbocza, trzej pensjonariusze miejscowego sanatorium: Grek (uczestnik – po stronie DSE – wojny domowej i walk na skałach Grammos), Hiszpan (madrycki bojownik przeciwko faszystowskiemu rządowi Franco) i Indonezyjczyk (rewolucjonista narodowy przeciwko holenderskim kolonizatorom), a także pewien Czerwonoarmista – elektryk jadący z Niemiec na urlop do domu.

Kiedy wydawało się już, że wszystko zostanie wykonane w terminie okazało się, że ktoś ukradł skrzynkę z izolatorami przez co nie można było zakładać przewodów. Na szczęście stary Widera podpatrzył jak jeden z mieszkańców wsi zakopywał coś w kupie gnoju. Kiedy tamten oddalił się, poszedł sprawdzić, co takiego zostało tam zakopane. Była to właśnie skrzynka z izolatorami. Tak więc skradzione „elektryfikanty” zostały odzyskane, praca dokończona, prąd włączony, a radio odpalone. Zetempowcy byli dumni, ich pomocnicy zadowoleni, mieszkańcy uradowani, a dywersant zidentyfikowany, ujęty i – mimo obietnic wręczenia łapówki – doprowadzony na milicję. Oczywiście nie napiszę, kto był sprawcą, choć nietrudno się tego domyślić.

Sztuka ta jest lekka, łatwa i przyjemna do czytania. Naprawdę!