- Autor: Kirowicz Romuald
- Tytuł: Stop! Urząd Celny. Pojedynki na granicy
- Wydawnictwo: Iskry
- Rok wydania: 1979
- Nakład: 30300
- Recenzent: Robert Żebrowski

W szaro-zielonych mundurach i z merkuriuszem, czyli sprawę prowadzi Urząd Celny
Romuald Kirowicz jest mi postacią zupełnie nieznaną. Książka liczy 258 stron, a jej cena okładkowa to 30 zł. Zawiera ona 10 opowiadań.
Akcja toczy się w różnych miejscach w Polsce i zagranicą, na lądzie, wodzie i w powietrzu w latach 1946-1976.
„Klasyczna literatura kryminalna to dążenie do rozwiązania skomplikowanej na początku zagadki, to kamuflowanie – do czasu! – prawdziwego sprawcy przestępstwa, to rozpalanie ciekawości czytelnika i wprowadzanie atmosfery grozy. Bardzo często o sukcesie autora decyduje sam pomysł, zręczne rozstawienie figur intrygi na szachownicy fabuły, zaskakująca pointa w samym finale, gdy trup ściele się gęsto. Tutaj, w cyklu opowiadań, przyjęto inną metodę, odmienny jest bowiem cel tego opowiadania. Zachowując niektóre tylko cechy klasycznego kryminału, położono większy nacisk na ekonomiczne, społeczne i moralne konsekwencje przestępstw przemytu (…) Wszystkie postacie po obu stronach barykady są autentyczne [chociaż dokonano zmian w nazwiskach, lokacjach i niektórych szczegółach zdarzeń] (…) Dla powiązania cyklu w uporządkowaną całość wprowadzono osobę dziennikarza-reportera jednego z pism warszawskich. Redaktor Borzęcki, zresztą postać wzięta z życia, to człowiek z zewnątrz, reprezentujący środowisko z samej istoty powołane do piętnowania tego rodzaju przestępstw”. Tyle tytułem wstępu.
Najbardziej milicyjnym opowiadaniem jest to pierwsze, czyli „Córka barona”. Jego akcja toczy się w roku 1946, w powiecie słubickim oraz w Warszawie. Antoni Wasiluk, pochodzący z Siematycz były frontowiec, pracował jako stróż w opuszczonym pałacu położonym niedaleko Lipowa (Lindendorf), należącym do niedawna do niemieckiego rodu von Rastenów. W nocy z 20 na 21 sierpnia zauważył kogoś kręcącego się przy kaplicy grobowej, w której chowano członków rodu. Kiedy podczołgał się tam zauważył mężczyznę i kobietę, którzy z grobowca wytaszczyli w sumie trzy walizki i worek. Rozmawiali oni ze sobą raz po angielsku, raz po niemiecku. Głos kobiety był Wasilukowi znany, ale dopiero później skojarzył sobie, że należał on do tutejszej baronówny Hildy, u której w folwarku – będąc jeńcem – służył w czasie wojny. Po przeniesieniu „bagażu” do zaparkowanego niedaleko samochodu, para ta odjechała stamtąd. Wasiluk zauważył, że kobieta utykała. O zdarzeniu stróż powiadomił swojego syna – Józka, który był milicjantem. Ojciec z synem poszli do kaplicy i odkryli, że jest w niej też piwnica. Znaleźli w niej nabój karabinowy oraz dwie stare monety – złotą i srebrną. Obaj pojechali rowerami do Świebodzina i tam poinformowali o zdarzeniu miejscową komendę MO.
W dniu 21 sierpnia przybył do Polski, ceniony za pomoc udzielaną walczącej Polsce, dyrektor ONZ do Spraw Pomocy i Odbudowy (UNRRA) Amerykanin Fiorello La Guardia. W Warszawie miał on być udekorowany wielką wstęgą Orderu Odrodzenia Polski. W ślad za dyrektorem przyjechali trzema samochodami marki „Chevrolet” amerykańscy dziennikarze, którzy granicę państwową przekroczyli 20 sierpnia w Słubicach. Jednak do Warszawy dotarły tylko dwa samochody. Trzeci, w którym jechało małżeństwo Thomsonów, przyjechał dopiero dwanaście godzin później, a stało się tak z powodu rzekomej awarii pojazdu. Pasażerka miała założony na stopie gips. Porucznik Zborski z Komendy Głównej MO, mającej swą siedzibę przy ul. Karowej, szybko powiązał to z meldunkiem ze Świebodzina. Już pierwszej doby pobytu w stolicy, redaktor Jimmy Thomson został obrabowany przez „Czarną Irkę”. Kiedy Zborski dowiedział się o tym, odwiedził złodziejkę w jej mieszkaniu. Przyznała się, że ćwiknęła Amerykańcowi dolary z portfela, a z zamszowego woreczka jedną z wielu znajdujących się tam monet. Okazało się, że jedna z monet od Wasiluków i ta od Irki pochodzą z tej samej serii złotych medali wybitych w XVI wiecznej Italii. Thomson, podejrzewając, że przez kradzież monety, na jego trop mogą wpaść służby śledcze, razem z żoną, nie zabierając bagażu, a jedynie „skarby”, po kryjomu wyjechali ku granicy. Na ich nieszczęście na przejściu granicznym w Słubicach trafili na bardzo skrupulatnego celnika …
W pozostałych opowiadaniach mamy: sprawę z roku 1952 dotyczącą przemytu w pociągu ekskluzywnych zachodnich zegarków oraz walut, w której to oficer MO, który przeniknął do szajki, dokonał spektakularnego porwania jej szefa, którego „przemycił” z Berlina do Warszawy; rozpracowanie grupy przestępczej szmuglującej w Gdyni, z regularnie wpływającego do tamtejszego portu brytyjskiego statku, kamienie syntetyczne do wyrobu pierścionków; nielegalny przerzut towarów na kierunku tureckim, kiedy to Hagia Sophia nie była już i nie była jeszcze meczetem; usiłowanie przerzucenia z Polski przez granicę – w roku 1946 – 42 skrzyń ze skarbami sztuki i pamiątkami narodowymi, w tym obrazu „Stańczyk” Matejki, który w latach 1944-1956 znajdował się na terytorium … ZSRR (!!!); nalot celników wspólnie z milicjantami i wopistami na polskie barki na Odrze z kontrabandą (na Zachód wywożono złom miedzi i cyny, polską wódkę, dolary papierowe, stare srebra, obrazy dawnych mistrzów, meble antyki, a do Polski przywożono wełnę, kremplinę, tekstylia, dzianinę, złoto dentystyczne oraz w sztabach i wyrobach, a także kamienie syntetyczne), do których wykorzystano reflektory na wozach wojsk lotniczych, sondę akustyczną i nurków.
Należy stwierdzić, że książka ta jest wartościową pozycją, nie tylko dlatego, że innych o tej tematyce – w PRL – nie wydano. A szkoda, bo pojedynki na granicy to rzecz ciekawa i emocjonująca, a pomysłowość przemytników w ukrywaniu kontrabandy nie ma granic, co także i z tej książki wynika. Dobrze, że jej autor nie ograniczył się do wyliczanki sukcesów funkcjonariuszy urzędów celnych, ale dodał do tego odpowiednie tło, zarys „historyczny” przestępstw, a także przedstawił nie tylko pierwszoplanowych (czyli tych, co wpadli na kontroli), ale i pobocznych bohaterów (szefów, wspólników, pomocników) – głównymi byli zaś redaktor i celnicy. Trzeba przyznać, że gdy trzy formacje (MO, WOP i Urząd Celny) wspólnie brały się do roboty, to nie było na nie mocnych. Szkoda, że w tak niewielu kryminałach – w odróżnieniu od współpracy z KBW, UB, ORMO i LWP – takie współdziałanie jest opisane.
PRL-ogizmy: warszawskie – hotel „Polonia” (w którym największym powodzeniem w czasie bankietu cieszyły się kanapki z kawiorem, łososiem i sardynką), kawiarnia „Gwiazdeczka” (ul. Piwna 40/42), gdyński bar „Pirat” (?), gazety – „Życie Warszawy”, „Przekrój”, „Polityka”, „Życie Literackie”, samochody – Fiat 125p, Fiat 131 Mirafiori, Fiat 850, samolot „Tu-134” (jeden z egzemplarzy tego samolotu, latający w barwach LOT, został przekazany Policji i znalazł się na warszawskich Szczęśliwicach na terenie policyjnego poligonu, gdzie służył do szkolenia oddziałów antyterrorystycznych BOA KGP(*)), barka motorowa BM-500 (z Wrocławskiej Stoczni Rzecznej), „Artos” (Państwowa Organizacja Imprez Artystycznych), „Desa” (przedsiębiorstwo handlowe Dzieła Sztuki i Antyki), „Baltona” (przedsiębiorstwo handlowe).
(*)
