- Autor: Gałaj Dyzma
- Tytuł: Jak Marciniak stał się wyzyskiwaczem
- Wydawnictwo: Książka i Wiedza
- Seria: Biblioteczka „Gromady i Rolnika Polskiego”
- Rok wydania: 1954
- Nakład: 50241
- Recenzent: Robert Żebrowski

Życie i twórczość chłopa bystrego i z głową
Dyzma Kazimierz Gałaj (1915-2000) był autorem książek o ruchu ludowym. Recenzowana pozycja liczy 64 strony, a jej cena okładkowa to 55 gr. Kiedy zobaczyłem jej okładkę od razu skojarzyła mi się z okładką książki „Zdrada Jana”. Zresztą zobaczcie sami.

Powziąłem uzasadnione podejrzenie, że opowiadanie to jest produkcyjniakiem z wątkiem kryminalnym.
Akcja toczy się we wsi Zarzecze, w latach 1925-1948.
Stary Marciniak „był to chłop ponury i uparty jak stary kozioł. Nigdy nie usłyszałeś od niego cieplejszego słowa, nigdy nie użyczył ci sąsiedzkiej pomocy, za to z najemników w czasie żniw, sianokosów czy młócki potrafił wycisnąć siódme poty”. Jego syn – Władek był to „chłopak na ogół bystry i z głową”. W 1925 roku młodzieniec ożenił się z Janką, która w posagu wniosła 10 tysięcy złotych, a do tego krowę, różne skrzynki, szafy i ubrania. Dla tak majętnej kobity młody Marciniak porzucił swoją ukochaną, ale biedną Urszulę. Za pieniądze z posagu Władek kupił maszyny i narzędzia rolnicze, a także rozbudował spichlerz. Majątek zaczął się pomnażać. Po 6 latach od ożenku młody gospodarz wpadł na pomysł, że zacznie udzielać pożyczek. Kolejnym źródłem dochodu był zakupiony ogier rozpłodowy. Od zrujnowanych chłopów, którzy pożyczyli od niego pieniądze, a nie byli w stanie ich oddać, w zamian za umorzenie długów odbierał im ich ziemię. W końcu nabył też młyn. W 1931 roku zapisał się do Stronnictwa Ludowego i stanął na czele chłopskiego strajku. W tym też czasie został prezesem mleczarni. Wszedł w układy ze wszystkimi innym prezesami, a także wójtami, starostami, kierownikami, sekretarzami i skarbnikami. Kiedy wybuchła wojna, choć nie był zwolennikiem hitleryzmu, to jednak polubił niemieckie rządy, a z czasem stał się donosicielem, który denuncjował mieszkańców swojej wsi. Powodziło mu się coraz lepiej. Miał 22 hektary ziemi, pobudował piękną ośmiopokojową willę. Pod koniec wojny, widząc na czyją szalę przechyla się zwycięstwo, zakrzątnął się koło konspiracyjnej roboty w AK i BCh. W kwietniu 1945 roku zapisał się do nowego Stronnictwa Ludowego. Gardłował za Polską Ludową, ale obłudnie.
Jego upadek, jako „działacza”, rozpoczął się w roku 1947. Wtedy to ujawniono, że Marciniak przywłaszczył sobie 90 worków z nawozami, 217 metrów sześciennych cementu oraz konie z UNRRA (Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy, działająca w naszym kraju w latach 1945-1947, co zapobiegło klęsce głodu i epidemiom w zrujnowanej Polsce), a po jakimś czasie 83 metry surowego płótna i 18 metrów wełnianego materiału. Z tego powody wyrzucono go z miejscowej Rady, ze Związku Samopomocy Chłopskiej i z ruchu ludowego [a co ze sprawą karną?]. Jego łabędzim śpiewem było rozsiewanie – w roku 1948 – plotek o nowej wojnie, bombie atomowej i powrocie dawnego porządku.
Tak naprawdę książka ta jest biografią kułaka, wyzyskiwacza, szpicla, politykiera i złodzieja. Są w niej przestępstwa, ale niestety nie ma ani milicji ani innego organu śledczego, nie ma też jakiegokolwiek – nawet prywatnego – dochodzenia. Nie można jednak potępić jej w czambuł jako oderwanego od rzeczywistości i zafałszowanego produkcyjniaka, bo i takie persony jak Marciniak w realiach wiejskich faktycznie się zdarzały.
