- Autor: Grabowski Tadeusz (Krogulski Zbigniew)
- Tytuł: W niewoli u Czang kai-szeka. Dziennik marynarza (statku „Praca”)
- Wydawnictwo: Książka i Wiedza
- Seria: Biblioteczka Trybuny Wolności
- Rok wydania: 1954
- Nakład: 50242
- Recenzent: Robert Żebrowski

Piractwo morskie to też przestępstwo!
Wydawnictwo „Książka i Wiedza” powstało w roku 1948r. z połączenia dwóch oficyn wydawniczych: należącej do PPR komunistycznej Spółdzielni Wydawniczej „Książka” oraz prowadzonej przez PPS socjalistycznej Spółdzielni Wydawniczej „Wiedza” i stało się tubą PZPR powstałego z połączenia wyżej wymienionych partii. Na podstawie książek „KiW”, które czytałem mogę powiedzieć, że było to wydawnictwo bardzo kąśliwe i jadowite wobec: II RP, dowództwa wojsk polskich na Zachodzie, opozycji politycznej w kraju, USA i Zachodniej Europy, a także Kościoła.
Recenzowana pozycja liczy 47 stron, a jej cena okładkowa to 70 gr. Jako autora wydrukowano Tadeusza Grabowskiego, a jako podtytuł „Dziennik marynarza”. Faktycznie jednak autorem był Zbigniew Krogulski. Kiedy wydawnictwo zorientowało się w pomyłce, tego samego roku wypuściło kolejne egzemplarze z prawidłowym nazwiskiem oraz rozszerzonym podtytułem: „Dziennik marynarza statku „Praca””.
W lipcu 1953 roku tankowiec s/s „Praca” Polskich Linii Oceanicznych wyruszył z Antwerpii do Azji. Z Konstancy zabrał ponad 8 tysięcy ton nafty dla Chin Ludowych i obrał kurs na Szanghaj. Kiedy był już na wodach azjatyckich, od 1 października 1954 roku nad statkiem zaczęły pojawiać się hydroplany US Navy. Trzy dni później pojawiły się na niebie bombowce ze znakiem Czang Kai-Szeka [białe słoneczko na niebieskim tle]. Naprowadziły one na polski statek tajwański kontrtorpedowiec. Było to na wodach neutralnych około 125 mil morskich od brzegów Tajwanu, na szlaku komunikacyjnym Singapur – Chiny Północne – Korea – Japonia. Okrętem tym był „Czang” i płynął pod banderą ”Wolnych Chin”. Z kontrtorpedowca wyszło polecenie zatrzymania maszyn statku, pod groźbą otworzenia ognia z dział. Szybko, przy użyciu telegrafu maszynowego, powiadomiono o incydencie Kanton, który miał zawiadomić Pekin, ten zaś przesłać wiadomość do Warszawy. Wysłano również sygnał „TT” – znak ostrzeżenia dla innych statków. Jednocześnie zniszczono wszystkie dokumenty partyjne. Kolejnym poleceniem z „Czanga” było przysłanie na jego pokład, jako zakładnika, starszego oficera z „Pracy”. W niedługo potem do burty zbiornikowca dobiła motorówka z desantem 25 marynarzy-piratów, którzy wtargnęli na niego. Po jakimś czasie do „Czanga” dołączyły dwa inne okręty. Pod taką eskortą „Praca” zmuszona była płynąć na Tajwan do portu Kao-Hsiung, gdzie dotarła 5 października. Tam statek zarekwirowano, opróżniono z towaru, polskich marynarzy oddano pod dozór kuomintangowskiej policji wojskowej, a chińskich marynarzy z „Pracy” odizolowano. Wywiad tamtejszej marynarki rozpoczął pracę wywiadowczą z Polakami, zmuszając ich do przekazywania cennych informacji, wyjawiania tajemnicy wojskowej i podpisywania próśb o azyl. Jednak tylko nieliczni poszli na współpracę, ale był wśród nich kapitan. Organizacja partyjna z naszego statku prężnie pracowała w podziemiu, przyjmując nawet nowych członków. Tajwańczycy zorganizowali dla naszych rodaków wycieczkę propagandową do miejscowego baru, a potem do cementowni, cukrowni i kina. Wykorzystując podstęp przeniesiono marynarzy ze statku do hotelu, a potem do obskurnej szkolnej sali gimnastycznej.
W maju 1955 roku do załogi dotarła wieść, że czangkaiszekowcy przechwycili drugi polskich statek – m/s „Prezydent Gottwald”, a w czerwcu – radziecki tankowiec „Tuapse”. Do Polski marynarze, którzy nie wnieśli o udzielenie im azylu, powrócili dwa miesiące później.
A co się działo ze statkiem? Najpierw pływał – jako „Ho Lan” w marynarce wojennej, a potem – jako „Yung Hung” – w handlowej. Marynarze, którzy wrócili do kraju byli inwigilowani i szykanowani, pewnie dlatego, że „przesiąkli” kapitalizmem, mogli stać się tajwańskimi szpiegami, no i nie dochowali wierności ojczyźnie nie oddając życia w obronie statku. Kapitan Wąsowski znalazł się w USA, gdzie podobno dalej pracował w swym zawodzie dostarczyciela produktów ropopochodnych, z tym że już nie na statku i nie do portów, ale na stacji benzynowej – do samochodów.
Mimo całej tej komunistycznej otoczki książka jest dość ciekawa, tym bardziej, że dotyka mało znanego tematu.
