- Autor: Nieznany autor
- Tytuł: W Mato Grosso
- Wydawnictwo: RSW „Prasa”
- Czasopismo: Przygoda. Tygodnik dla młodzieży (numery od 14 do 29)
- Rok wydania: 1957 (od 17 maja do 30 sierpnia)
- Nakład: 59800
- Recenzent: Robert Żebrowski

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o … diamenty
Komiks ten ukazał się w szesnastu jednostronicowych odcinkach. Drukowany był w kolorze, poza jednym – czarno-białym – odcinkiem (?!).
Z Polski wyruszyła ekspedycja naukowa pod kierunkiem profesora Edwarda Zawilskiego. W jej skład wchodzili: asystent profesora – Zygmunt Kozioł, lekarka Zosia Sieradzka i podróżnik-myśliwy Jan Ciesiewski. Mieli oni prowadzić badania geologiczne w brazylijskim stanie Mato Grosso. Kiedy byli w Paryżu zgłosił się do nich Karol Jaromski – syn profesora Jaromskiego, który zaginął 8 lat wcześniej u źródeł rzeki Des Mortes na terenie Brazylii. Karol chciał odszukać ojca i po kryjomu zabrał się na statek, którym płynęli naukowcy. Na statku tym znalazł się też dawny asystent profesora Jaromskiego, który w komiksie wymieniany jest pod trzema różnymi nazwiskami: Farave, Fareve i Ferave (!!!) Po przybyciu statku do Rio de Janeiro ekspedycja wyruszyła przez Sao Paulo i Rancador do Leopoldiny. W czasie drogi przytrafiały im się różne niepokojące zdarzenia: a to w pociągu jakiś mężczyzna ukradł im mapy, innym razem ktoś zniszczył oś w wynajętej ciężarówce, a jakiś czas później jedną z łodzi, w połowie drogi uciekli od nich Indianie-tragarze, którzy ukradli jedną z łodzi, wreszcie na rzece koło miasteczka Orixas ktoś staranował ich motorówką. Było też jedno bardzo szczęśliwe zdarzenie. W samotnej chacie stojącej nad rzeką spotkali Indianina, który jako amulet nosił … zegarek profesora Jaromskiego. Dzięki temu udało się wyjaśnić tajemnicę zniknięcia profesora. Końcówka wyprawy była bardzo dramatyczna, ale próba zabójstwa została udaremniona, a sprawca wszystkich nieszczęść trafił w ręce kapitana brazylijskiej policji.
No cóż, fabuła komiksu nie jest jakoś porywająca, choć w latach 50. na pewno była dla czytelników atrakcyjna. Dużym minusem są mało wyraźne rysunki, a to z tego powodu, że rysownik zamieszczał dużą liczbę kadrów na jednej stronie – niekiedy było ich nawet 16.
Tą recenzją kończę moją przygodę z „Przygodą”, przy okazji dziękując Klubowiczowi Arturowi D. za cenne informacje odnośnie tego czasopisma przekazane na klubowej stronie FB, co zachęciło mnie do wzięcia pod lupę tej gazety.
