- Autor: Edigey Jerzy
- Tytuł: Wycieczka ze Sztokholmu
- Wydawnictwo: Śląsk
- Seria: Tukan
- Rok wydania: 1987
- Nakład: 10000
- Recenzent: Mariusz Młyński
LINK Recenzja Joanny Woronowicz

No cóż, pisarze mają to do siebie, że piszą książki lepsze i gorsze; ich czytelnicy mają z kolei to do siebie, że lubią je klasyfikować. I na takiej właśnie mojej prywatnej, „edigeyowej”, liście „Wycieczka ze Sztokholmu” znalazła się na ostatnim miejscu i wątpię, żeby je opuściła; jest to bowiem książka zła.
Mamy oto Zakopane i przebywającą tam od ponad tygodnia tytułową wycieczkę ze Sztokholmu; zameldowani są w hotelu „Kasprowy” ale co wieczór zjeżdżają na dancing do „Nosala”. I właśnie tam, w damskiej toalecie, zostaje znaleziona martwa Gunhild Persson, żona szwedzkiego przemysłowca, który stwierdza, że zrabowano jej cenną, złotą bransoletkę. Śledztwo prowadzi porucznik Stanisław Motyka; przybyły na miejsce lekarz stwierdza, że kobieta zginęła od ciosu karate. Sprawą zainteresowana jest Komenda Główna MO, gdyż interweniowało tam Ministerstwo Spraw Zagranicznych, by sprawę jak najszybciej wyjaśnić i puścić Szwedów do kraju; z odsieczą przybywa więc do Zakopanego podpułkownik Janusz Kaczanowski.
I tak się ta historia wlecze jak krew z nosa; akcja toczy się albo na komisariacie albo w „Nosalu”, jedynie przez chwilę idziemy z milicjantami w góry na poszukiwanie podejrzanego. I nawet desant Kaczanowskiego nie ożywia akcji; jest on tutaj zresztą tak drętwy i nijaki jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. A samo śledztwo to już jest chyba jakaś parodia: lekarz stwierdza, że ofierze zadano silny cios karate, a więcej będzie wiadomo po sekcji zwłok – i wyników tej sekcji doczekujemy się bardzo późno, kiedy już śledztwo dawno poszło w kierunku poszukiwania karateki i to w dodatku leworęcznego, bo cios zadano w prawą skroń ofiary. Ręce opadają – podobną logikę zastosował autor w książce „Baba-Jaga gubi trop”; tam szantażysta też musiał być mańkutem, bo postrzelił psa w jego prawy bok. Po pierwsze jest to świetna instrukcja dla potencjalnych przestępców, po drugie – a jeśli praworęczny karateka podszedł do ofiary od tyłu? a po trzecie – pan doktor, który stwierdził śmierć od ciosu karate, powinien już chyba iść na emeryturę, skoro jego błędna decyzja skierowała śledztwo w złym kierunku. Ale Kaczanowski chyba też już powinien wkrótce zdjąć mundur – taki z niego turbokozak, a dopiero po którymś tam przeczytaniu dokumentów sprawy poszedł po rozum do głowy, że doktor stwierdził jedynie śmierć na wskutek uderzenia w prawą skroń, które spowodowało złamanie kości ciemieniowej, a cios karate był jedynie sugestią. Akcji nie ożywia nawet szwedzki dziennikarz Sven Breman, znany z „Pensjonatu na Strandvägen”; niby się z milicjantami droczy, niby wydusza z nich jakieś informacje ale tak naprawdę jest równie mdły jak reszta.
I tak walczymy z tą książką, i głowa nam opada, i nawet ciężko nam się domyślić jaki będzie finał – a jest on po prostu kuriozalny; równie kuriozalny jest prawdziwy powód przyjazdu Szwedów do Zakopanego. Nie ma w tej książce nic ciekawego: ani ciekawych postaci, ani malowniczej scenerii, ani zabawnych potyczek słownych, ani ciętych odzywek, ani intrygujących elementów epoki – nic, po prostu nic. I coś musiało chyba być na rzeczy, skoro na książkowe, do tej pory zresztą jedyne, wydanie książki musieliśmy czekać siedem lat – pewnie po śmierci Edigeya szukano jeszcze po gazetach jakichś jego powieści i znaleziono tę w „Kurierze Polskim” z 1980 roku; wydania zagranicznego, nawet rosyjskiego, się z kolei nie doczekaliśmy w ogóle.
