Filipowicz Kornel – Co jest w człowieku? 325/2025

  • Autor: Filipowicz Kornel
  • Tytuł: Co jest w człowieku?
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Rok wydania: 1971
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

Zabił, a może i nie

Kornel Filipowicz był przede wszystkim mistrzem krótkiej formy prozatorskiej. To „Co jest w człowieku?” z 1971 roku zawiera 13 opowiadań z których tytułowe z całą pewnością można uznać za kryminalne, choć oczywiście jest to utwór wielowarstwowy i określanie go mianem opowiadania milicyjnego byłoby dużym uproszczeniem, mimo że mamy tu dwóch milicjantów i akcję w dużej mierze osadzoną na prowincjonalnym posterunku.

Oto w lesie natrafiono na zwłoki niezidentyfikowanego mężczyzny, ale sprawa tożsamości szybko się wyjaśnia, gdyż w furmance, wśród słomy zostają ujawnione dokumenty, które łatwo udaje się powiązać z denatem. Był to niejaki Leszczyński, który przed śmiercią stawiał wszystkim w pobliskiej gospodzie. Z furmanki zaś korzystał Cudziński, który pożyczył ją od miejscowego gospodarza. Sierżant Słaboszewski i posterunkowy Michalik udają się by zatrzymać Cudzińskiego, który pracuje w lesie. Następnie zabierają go na posterunek, na przesłuchanie. I to w zasadzie cała fabuła. Problem w tym, że Cudziński do niczego się nie przyznaje i zachowuje niezmiernie spokojnie. Sierżanta natomiast bardziej interesuje, co mogło się dziać w duszy Cudzińskiego i duszy potencjalnego mordercy w ogóle, niż to czy zabił Cudziński czy może zupełnie nie on:”A jeśli nie nie zabił, to wróci tu, będzie woził spokojnie szuter i pił w gospodzie w Ruszczy wódkę. Ale jak się na niego patrzy, to nie wiadomo czy to jest ten człowiek, co zabił, czy niewinny. Zatem mamy tu opowieść kryminalną z lekkim tłem plebejsko-filozoficznym, by tak rzec. Sierżant zresztą nie zamierza długo trzymać podejrzanego na posterunku i chce go najszybciej przekazać do powiatu. Niech tam się martwią. Ważniejszy wydaje się porządek dnia, a więc łowienie ryb oraz to, czy w gorący dzień będzie dostępne piwo w okolicy. Milicjanci chłodzą się nim w godzinach pracy, na posterunku, a zatem czasy były takie kiedy piwo traktowana bardziej jako napój chłodzący niż alkohol. Dziś raczej nie do pomyślenia.

Styl Filipowicza jest lakoniczny, precyzyjny, a każde zdanie istotne. Autor mistrzowsko umie w kilku zdania od spraw prostych i przyziemnych odbić się w metaforę. Świetna to proza i warta powolnego smakowania. Nic dziwnego, że Zygmunt Hubner przeniósł to opowiadanie na ekran telewizyjny w roku 1969. Komendanta posterunku zagrał Wojciech Siemion, jego podwładnego Kazimierza Kaczor, podejrzanego Tadeusz Talarczyk. Wszyscy stworzyli ciekawe kreacje. Fabuła została nieco rozbudowana, dodano postaci, a utwór nabrał bardziej kolorytu społeczno-obyczajowego, nic nie tracą z literackich założeń. Przykładowo urokliwa jest scena w której Zdzisław Maklakiewicz, szef gospody, rozpytywany przez sierżanta na okoliczność , wzywa barmankę i kelnerkę, nie przestając konsumować posiłku wzmocnionego setką wódki. Wiedza o postaci Cudzińskiego zostaje nieco poszerzona, gdyż okazuje się że człowiek ten trzyma w komórce dziwne sprzęty i cos tam konstruuje. To wzbudza niepokój mieszkańców. Pojawia się milicyjna Warszawa i porucznik z powiatu, czego także nie ma w opowiadaniu, gdzie jedynie ta postać jest oczekiwana.

Kornel Filipowicz był pasjonatem wędkarstwa (pojawiają się tak fachowe określenia, jak „wypitwana ryba”, czy łowienie na „podrywkę”), nawet zostały wydane osobno „Opowiadania rybackie”, który to tom grupuje teksty z wielu lat. Zapewne dlatego zainteresowań tych użyczył sierżantowi Słaboszewskiemu, którego poznajemy jak łowi ryby i jego myśli ciągle krążą po rybnej trajektorii. Dlatego nie dziwi nas, że opowiadanie kończy się słowami: „- W niektórych ludziach to jak w tych rybach; jest tylko życie, ale duszy nie, ale duszy nie ma. Jedzie samochód – powiedział Słaboszowski”.

Finał zostawia czytelnika w niedosycie, gdyż nie ma standardowego zwieńczenia fabuły w sensie kryminalnym, co z kolei pozostawia pole, a nawet konieczność samodzielnej interpretacji. I tu między innymi tkwi wyjątkowość tej prozy, tak osobnej. Myślę zatem, że już nie muszę nikogo nakłaniać do lektury.