S.B. Doonean – Czarny flakon 188/2026

  • Autor: S.B. Doonean
  • Tytuł: Czarny flakon
  • Wydawnictwo: „La Colonne” Bruksela
  • Seria: Biblioteczka Przygód i Sensacji (tom I)
  • Cykl: Christopher O’Kelsey Detektyw – Amator
  • Rok wydania: ok. 1950
  • Nakład: nieznany
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Tajemnica kabiny numer dziewięć

Z czeluści Biblioteki Narodowej udało mi się wydobyć na światło dzienne serię książek „Biblioteczka Przygód i Sensacji” Spółdzielni Wydawniczo-Drukarskiej „La Colonne” w Brukseli, wydaną około roku 1950. Liczy ona 5 pozycji, w kolejności: „Czarny flakon”, „Krzyk w nocy”, „Mocna ręka”, „Dżentelman włamywacz” i „Miasto niespodzianek”.

Tomy o numerach: 1, 3 i 5 napisał S.B. Doonean i należą one do jednego cyklu, który jak później ustaliłem, nazywa się „Christopher O’Kelsey Detektyw – Amator”. Pozostali autorzy to: Leo Gesteleys (tom nr 2) i Gille Hersay (4). Cztery pierwsze tomy udało mi się przeczytać, natomiast ostatni jest dostępny w BN tylko na mikrofilmie, a ja w takie czytanie się nie bawię, bo i niewygodne, i długotrwałe, i szkodliwe dla wzroku. Książki wydano w Belgii, a nazwę wydawnictwa tłumaczy się jako „Kolumna” (w Polsce, w Łodzi, w drugiej połowie lat 40, działało wydawnictwo o tej samej nazwie).

Nietrudno się zorientować, że nazwisko autora trzech opowiadań, czytane z angielska, brzmi bardzo znajomo, a mianowicie Dunin (Duninowie herbu Łabędź to jeden z najstarszych polskich rodów szlacheckich, a jego protoplastą był komes Piotr Włostowic żyjący na przełomie XI i XII wieku). Niestety, jeżeli chodzi o jego imiona to mamy podane tylko pierwsze litery: S.B. W internecie udało mi się znaleźć jedynie pułkownika Stanisława Brzezińskiego-Dunina, który był oficerem Wojska Polskiego, zamordowanym w roku 1940 w Charkowie, co wyklucza go z autorstwa cyklu. Udało mi się też znaleźć inną książkę tego autora, wydaną – a jakże – w Brukseli, w latach 30., w ramach tygodnika „Co Tydzień Powieść”:

Czy były to przedruki wydawanego u nas – w latach 1933-1939 – tygodnika o tej samej nazwie? Być może. Pewności jednak nie mam, bo do tej pory zajmowałem się jedynie powojennymi wydaniami „Co Tydzień Powieść”. Myślę, że rozwiązania zagadki tożsamości autora trzeba będzie poszukać właśnie w polskim przedwojennym „CTP”. Ale teraz niestety nie mam na to czasu.

Opowiadanie liczy 60 stron. Akcja toczy się w Szkocji, w latach: 1947-1948.

Do szkockiego Stranraer – głównego węzła komunikacyjnego z Irlandią Północną, przybył Irlandczyk O-Kay, czyli Chris O’Kelsey. Spotkał tu swojego kolegę ze szkoły komandosów – Edwarda Spota z Czerwonych Diabłów, z którym po raz ostatni widział się przed rokiem w centrum demobilizacyjnym. Spot przyjechał tu, aby występować jako trefniś w klubie nudystycznym „Maia-Club” należącym do przemysłowca z Belfastu – George’a Reginalda Holma, dawnego kapelmistrza z dywizji szkockiej. O’Kelsey udał się tam i zatrudnił na etacie dozorcy.

Parę dni wcześniej do londyńskiego mieszkania Chrisa, które dzielił z kolegą z czasów wojny – Polakiem Jankiem Powałą, przyszła paczka nadana w Stranraer przez … Christophera O’Kelsey’a, zawierająca jedynie flakon perfum z nalepką „Maia”. Perfum o takim zapachu używała ich znajoma – Sylwia Mac Ander, która kiedyś należała do zlikwidowanej przez nich szajki Behmonta. Przysłanie paczki, Irlandczyk odebrał jako wezwanie o pomoc. Dlatego też – samotnie – wyruszył do Szkocji. Po drodze odkrył, że flakon wykonany jest z zamaskowanego złota.

Na miejscu udało mu się odnaleźć dziewczynę, ale ona powiedziała, że nie chce jego pomocy, a flakon wysłała mu na przechowanie. Chris zadzwonił do znajomego konstabla z Londynu – Dawida Llandro. Dowiedział się, że w nocy dokonano napadu na ich dom. Dwóch drabów w maskach pobiło Janka i splądrowało mieszkanie.

To jednak nie koniec dramatycznych wydarzeń. Najważniejsze było to, do którego doszło na parowcu, którym płynęła Sylwia po dokonanych w Glasgow zakupach, a na którym byli też Chris i Janek. Dziewczyna poinformowała ich, że od dłuższego czasu ktoś ją śledzi…

Sympatyczne, choć mało odkrywcze jest to opowiadanie. Można jednak przy nim trochę się zrelaksować. I oto chyba autorowi chodziło.