Instytut Badań nad Powieścią Milicyjną

dr Grzegorz Pełczyński
Instytut Badań nad Powieścią Milicyjną

Kiedy już w naszym kraju można było bez przeszkód zakładać własne sklepy, partie polityczne tudzież miesięczniki literackie, czyli kiedy upadł komunizm, co nastąpiło ponoć 4 czerwca 1989 r., wydawało się, że wszystko, co było przedtem, bezpowrotnie minęło. Jednak z biegiem lat okazywało się, iż to i owo z tamtej epoki jest warte przypomnienia, a nawet zachowania. Ale niekoniecznie ze względu na swoje wartości ponadczasowe, a właśnie ze względu na wyraźne cechy ubiegłej epoki. Teraz można je poddać analizie gwoli nauki, wspomnień czy zabawy. Znakomitym przykładem są ówczesne kryminały.

Czytaj dalej…

Prof. Dorota Skotarczak – Drugie życie powieści milicyjnej

PRL jest już epoką minioną, ale trwa nadal w świadomości współczesnych. I nie tylko dlatego, że stosunkowo niewiele lat minęło od jej końca. Nieustannie żywy jest problem rozliczenia się z tą przeszłością; temat ten przejawia się ciągle z nową siłą w politycznej debacie. Niezależnie jednak od niej, a może pomimo niej, trwa swoista moda na PRL. Powstają restauracje, których nazwy odwołują się do minionej epoki (w Poznaniu „Proletaryat” i „Karczma „Powrót do PRL-u” oraz nieistniejąca już „Prawda”), wciąż oglądane są filmy i czytane książki z tamtej epoki, a także o niej samej. Różnego rodzaju wybory starych kronik filmowych, określanych jako najzabawniejsze i albumy ze zdjęciami znajdują nieodmiennie grono chętnych nabywców. To ciekawe zjawisko, świadczące, być może, o specyficznej nostalgii w stosunku do tamtych czasów. W latach siedemdziesiątych w kulturze popularnej mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem nostalgii w stosunku do okresu międzywojennego. Nie wiem, czy można to porównać do obecnego zainteresowania czasami PRL, które obserwujemy aktualnie. Jeśli tak, to oznaczałoby to, że tamta epoka w świadomości społecznej jest już w jakiś sposób zamknięta, należy naprawdę do przeszłości.

Czytaj dalej…

Wywiad z Heleną Sekułą specjalnie dla czytelników „Drugiej sety”

Mieszkanie na trzecim piętrze ursynowskiego bloku jest przytulne i miłe, pełne kwiatów i książek. Gospodyni i jej pupil, wspaniały kocur Igor, witają mnie serdecznie. Igor jest nieufny – miał straszne przejścia w dzieciństwie – ale mnie już zna i chyba trochę lubi, bo pozwala nawet podrapać się po brzuszku.
Pani domu niemal natychmiast sadza mnie przy stole, by poczęstować przepysznymi pasztecikami. Chwalę piękne sztućce.
– To za „Ośmiu gwardzistów” – mówi Helena. – Odebrałam akurat w wydawnictwie honorarium, przechodziłam koło Jubilera i musiałam je kupić. Z honorarium niewiele zostało – kończy ze śmiechem.
Często się śmieje. Wcale nie wygląda na osobę, która na kartach swoich książek położyła tyle trupów. Jest miła i pogodna.
Po obiedzie przenosimy się na wygodne fotele. Kawa i koniak. Włączam dyktafon, zadaję pierwsze pytanie:

– Może zacznijmy od początku. Opowiedz coś o swoich pierwszych próbach, ale o takich najwcześniejszych.

– W szkole zawsze miałam piątkę za styl i niestety bardzo niskie stopnie z ortografii. Robiłam błędy. To była bardzo dobra szkoła, ćwiczeniówka przy seminarium nauczycielskim nr 2, uczyły się tu przyszłe nauczycielki. Kierowniczka szkoły przypominała postać z „Emancypantek” – czarna długa suknia z białym koronkowym kołnierzem, stalowo-siwy kok, na szyi złoty zegarek na łańcuszku w kopercie. Podobnie ubierała się pani dyrektor. Szkoła była na Nowolipkach, dawny dworek szlachecki w dużym ogrodzie. Została uwieczniona w filmie „Młody las” – zdjęcia kręcono w naszym holu. Cóż to były za emocje!
Nie pamiętam żebym wtedy spotkała się z terminami dysleksja i dysgrafia, ale to wszystko miałam – cały komplet. Gdyby mi stawiano oceny za całokształt, zawsze byłyby same dwóje. Jednak niezmiennie miałam trójkę na szynach za ortografię, pięć za styl i z tego wychodziło cztery. Chyba raz dostałam piątkę – ogromne przeżycie.

Czytaj dalej…

Wojciech Piotr Kwiatek – Jak trafiłem w regiony „zbrodni literackiej”

Jak pamiętacie, w końcu ubiegłego roku udałem się pociągiem podmiejskim do Brwionowa z jednoosobową (jak się okazało) delegacją Klubową do Wojciecha Kwiatka.
Wojciech Kwiatek był recenzentem wewnętrznym wielu legendarnych serii, autorem znanej w Klubie książki „Kto i dlaczego zamordował polską powieść kryminalną?
Teraz Wojciech Kwiatek napisał eseik na potrzeby IV Sety.
Zapraszam do lektury.

Pozdrawiam
Prezes

Wojciech Piotr Kwiatek

Jak trafiłem w regiony „zbrodni literackiej”.
(Obrachunki bardzo sentymentalne.)

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się stało. Najpewniej dlatego, że było coś w aurze tych późnych lat 50. i wczesnych 60. „Kryminał” był ewidentną odtrutką na zgrzebną, PRL-owską rzeczywistość, był czymś niezwykłym, pachnącym Zachodem. Warto przy tym pamiętać, że do 1956 roku była to literatura „źle widziana”, w praktyce zakazana.
Zaczęło się oczywiście w domu rodzinnym na warszawskiej starej Pradze. Wszyscy w rodzinie się tym interesowali, czytali, a jak pojawił się w telewizji Teatr „Kobra” – również oglądali, i to absolutnie obowiązkowo! Czwartkowa „Kobra” – to było święto, nikt nigdzie by wtedy nie poszedł! Ja co prawda niewiele może z tego rozumiałem (nie miałem jeszcze 10 lat!), ale atmosferą nasiąkałem bardzo intensywnie.

Czytaj dalej…

Olga Rudnicka dla Klubu MOrd

Jesteś bardzo młoda, a wydałaś już cztery książki. Jak to się stało, że zaczęłaś pisać i dlaczego akurat kryminały?

Zawsze miałam wybujałą wyobraźnię. Jako dziecko kolekcjonowałam pudełka. Były to pudełka po zapałkach, herbacie expressowej (nie zawsze czekałam aż będzie puste, czego efekt na ogół było słychać w całym domu), cukierkach. W pudełkach były klocki, zwierzątka, żołnierzyki, samochodziki, główki od lalek Barbie (z jakiegoś nie znanego mi bliżej powodu reszta nie była mi potrzebna) i małe gumowe kucyki pony. Szafka ta tworzyła odrębny świat przeze mnie użytkowany i starannie pielęgnowany. Podobno potrafiłam siedzieć w tej szafce kilka godzin rozmawiając z postaciami ze stworzonego przeze mnie świata. W okresie późniejszym, jako nastolatka zaczęłam spisywać swoje sny. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam. Kilka razy udało mi się napisać opowiadanie i tak jak świat w szafce był zupełnie mój, tak samo pisane przeze mnie utworki były moje własne, prywatne. Nie wiem, czy można to uznać za początek pisania? Mój polonista pewnie by się z tym nie zgodził. Na polskim na ogół czytałam książkę pod ławką albo wcinałam kanapki. Jedno z opowiadań rozrosło się do formatu „Martwego Jeziora”, ale pisząc je, nie myślałam o tym, żeby je gdzieś wysłać. To był impuls i zupełny przypadek. Miałam szczęście. Dlaczego kryminały? Nie wiem. Tak do końca nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W głowie rodzą się postacie, tworzy się historia i powstaje powieść. Na razie kryminał, ale nie wykluczam innych form.

Czytaj dalej…

Lubiłam milicjantów z piekła w Jerozolimskich – Helena Sekuła dla Dużego Formatu

Helena Sekuła, autorka kryminałów milicyjnych, powraca!

W reaktywowanej serii „Srebrny kluczyk”

Z HELENĄ SEKUŁĄ, PISARKĄ, ROZMAWIA JACEK SZCZERBA


Skąd pomysł, by w PRL-u pisać kryminały milicyjne?
– Byłam referentem prasowym w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej. Referent prasowy czytał gazety i gdy znalazł w nich coś, co było adresowane do milicji, np. że jakiś funkcjonariusz źle się zachował, to wycinał to i przesyłał do szefa odpowiedniego oddziału. Dzięki temu miało dojść do zbliżenia milicji i społeczeństwa. Ale guzik było, nie zbliżenie. Wszystko i tak pozostawało tajne.
Nie byłam rzecznikiem prasowym, oficjalne komunikaty wydawał szef oddziału, w stopniu podpułkownika. Ja byłam tylko podporucznikiem, szósta grupa zaszeregowania – referent.
Poza tym dostarczałam milicyjne akta zainteresowanym, czyli dziennikarzom zajmującym się sprawami kryminalnymi Przychodziły różne chałturszczyki i żaliły mi się, jak to trudno jest pisać. „Tylko cóż może o tym wiedzieć referent prasowy?” – wzdychali. Niektórzy nawet przynosili swoje wypociny. To byli skądinąd inteligentni ludzie, ale pisać nie umieli. Pomyślałam sobie – dłużej tego nie wytrzymam, takie poematy to i ja umiem popełnić. Więc w 1962 r. siadłam i napisałam pierwszą powieść – „Tęczowy cocktail”. Nie najlepszą.

Czytaj dalej…

Kobiety w polskiej powieści milicyjnej

Zachęcona lekturą opowieści o „morderczych siostrach” donoszę, że podobne działania kwitną także na naszym lokalnym podwórku. Wprawdzie klub miłośników powieści milicyjnej o wszystko mówiącej nazwie MORD nie jest jakoś naznaczony ze względu na płeć, to moja przygoda od płci się właśnie zaczęła. Poszukując bezskutecznie informacji bibliograficznych na temat ulubionych autorów ze strony natrafiłam na stronę www.mord.of.pl. Początkową moją ekstazę wywołało nie tylko znalezienie danych na temat Jerzego Edigeya, ale i Anny Kłodzińskiej – trwał konkurs na temat jej tożsamości, rozważano hipotezę tożsamości cybernetycznej. Po fazie ekstazy nastąpiła faza niedosytu – napisałam więc na adres podany na stronie, wyrażając żal i krytykę z powodu braku moich ulubionych autorek, to jest Heleny Sekuły i Barbary Gordon. Odpowiedź przyszła wkrótce, w skrócie było tam, że jak mi nie pasuje, to mogę coś o nich napisać. W ten sposób napisałam swoją pierwszą recenzję powieści milicyjnej, a potem następne. Po znajomości wirtualnej przyszedł czas na spotkania w realu – debiutem był zlot pod Małkinią, na którym przedstawiłam analizę powieści milicyjnej z perspektywy gender.

Czytaj dalej…

Esej o klasykach kryminału skandynawskiego

Skandynawska para

Powieści pisarskiego duetu Maj Sjöwal, Per Wahlöö wydawano u nas 70-tych i na początku 90-tych. W przypadku utworu „Jak kamień w wodę” informacja od wydawcy podaje datę pierwodruku – 1969. Wydana niedawno kolejna powieść z serii o Martinie Becku pochodzi z 1966 roku, a następna , „Reseanna”, z 1965 — mamy tu więc do czynienia z wydawaniem cyklu niejako „od tyłu”.
W przypadku „Mężczyzny, który rozpłynął się w powietrzu”, czytelnik obeznany z późniejszymi losami Martina Becka i jego kolegów obcuje z przeszłymi dla znanego tła wydarzeniami. Mnie ostatnio Martin Beck — Skandynaw, zlewa się niepokojąco z Kurtem Wallanderem, tak działa niestety siła stereotypów. Jednak pamiętam, że we wcześniej czytanych, a później napisanych utworach, Beck przechodził kolejne etapy kryzysu wieku średniego, oraz zobojętnienia na rodzinę. Najpierw sypiał w salonie zamiast z żoną, potem mieszkał już bez żony, i obserwował oddalanie się dorastających dzieci.  Najpierw mieszkał z dwójką dzieci, potem owe dzieci odpływają w swe własne światy. Tu zaś Beck mieszka z żoną i dziećmi i nic nie zapowiada rodzinnych kryzysów, choć nic też nie świadczy o rodzinnej idylli. Córka Ingrid ma około 15 lat, syn Rolf 11. O pożyciu małżeńskim państwa Becków nie dowiadujemy się niemal nic, bowiem akcja zaczyna się w pierwszym dniu urlopu komisarza, a kończy w przedostatnim. Urlop oznacza wyjazd całej rodziny na malowniczy zapewne szkier, skąd Beck zostaje natychmiast odwołany w dość tajemniczej sprawie. Po jej rozwiązaniu wsiada na prom i łączy się rodziną przebywająca nadal na szkierze.

Czytaj dalej…

Edgar Wallace – „The Ringer”

Zapewne poniższe nie kwalifikuje się do powieści milicyjnej… Ale, ponieważ właśnie przeczytałem, i zafrapowaly mnie intrygujące zbieżności z polską powieścią milicyjną, choć to dwie różne epoki, i systemy polityczne i gospodarcze całkiem inne; więc siadam, i piszę..

Richard Horatio Edgar Wallace – „The Ringer”,
powieść kryminalna, London, wyd. 1925

Wydana w Polsce jako “Człowiek o stu obliczach” w tłumaczeniu Jerzego Pańskiego, niestety nie wiem kiedy.

Edgar Wallace (1875 – 1932), brytyjski pisarz, dziennikarz, scenarzysta, był niebywale popularnym tworcą powieści kryminalnych. Jedną z najbardziej popularnych była właśnie książka „The Ringer” , który to tytuł nie ma wiele wspólnego z tytułem polskiego tłumaczenia, ale tak to już jest z tłumaczeniami – są jak kobiety – jak wierne, to mało atrakcyjne, i vice versa…

Czytaj dalej…

Kobiety w powieści milicyjnej

Referat Klubowiczki Anny Lewndowskiej podczas spotkania w Ursynotece

Zacznę od kobiet-detektywów, bo tych jest zdecydowanie najmniej, więc pójdzie najszybciej. Oficjalnych, czyli zawodowych jest zaledwie kilka. Bohaterką książki Jerzego Edigeya „Alfabetyczny morderca” jest porucznik Barbara Śliwińska, u Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego w książce „Pasta do zębów” jest porucznik Anka, w „Błękitnych szynszylach” Barbary Gordon jest prokurator Anna Świgoń, a w „Kim jesteś Czarny” Stanisława Mierzańskiego, czyli Anny Kłodzińskiej, jest porucznik Ewa. I to by było na tyle. Autorzy zdecydowanie woleli na bohaterów swoich książek obierać mężczyzn.

Czytaj dalej…