- Autor: Szaynok Bożena
- Tytuł: Pogrom Żydów w Kielcach 4 lipca 1946
- Wydawnictwo: Bellona
- Rok wydania: 1992
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Morderczy amok, czyli ludzie ludziom zgotowali ten los
Przyznam się z pokorą, że wcześniej historii tej nie znałem. Trudna to historia, wstydliwa oraz bulwersująca, ale jednak historia, którą powinno się znać. Przez wiele lat była ona tematem tabu. Dr hab. Bożena Szaynok (ur. 1965) jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Wrocławskiego. W 2016 roku Prezydent RP odznaczył ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski „za zasługi w badaniu i upamiętnianiu prawdy na temat tragicznych wydarzeń w Kielcach z 4 lipca 1946 roku”. Recenzowana pozycja liczy 127 stron.
Napięcie między Polakami a Żydami po zakończeniu II wojny światowej było wysokie. Działały takie oto skojarzeniowe ciągi myślowe: u Polaków: Żydzi – władza – zagrożenie polskości, a u Żydów: podziemie – reakcja – antysemityzm – śmiertelne niebezpieczeństwo dla Żydów. Przed wojną w Kielcach mieszkało około 25 tysięcy Żydów, a po wojnie około 300. Większość zamieszkiwała w budynku przy ul. Planty 7, gdzie mieścił się m. in. Komitet Żydowski. Lata 1945-1946 były czasem terroru, rabunków i morderstw dokonywanych na ludności żydowskiej, przy biernej zazwyczaj postawie władz bezpieczeństwa. W październiku 1945 roku Komitet obrzucono granatami. Kierownik I Wydziału WUBP pisał do Wojewody Kieleckiego: „Nieprzychylny stosunek do Żydów ma swoje źródło w propagandzie i działalności hitlerowskiej podczas okupacji (…) Nieprzychylność ta i stosunek negatywny wyraża się w utyskiwaniu i podkreślaniu faktów zajmowania przez Żydów wysokich stanowisk w administracji państwowej”.
„1 lipca 1946 roku, 9-letni syn Walentego Błaszczyka, szewca z Kielc, opuścił dom, nie zawiadamiając rodziców. Mały Henryk udał się do znajomych rodziny mieszkających 25 kilometrów od Kielc we wsi Pielaki (…) Walenty Błaszczyk zaniepokojony nieobecnością syna rozpoczął poszukiwania (…) 1 lipca około godziny 24 zawiadomił o zaginięciu Henryka Błaszczyka komisariat MO przy ul. Sienkiewicza 45 (…) Zawiadomiono komisariat kolejowy przy ul. Żelaznej”. 3 lipca chłopak wrócił do domu. Przedstawił ojcu wersję, że na mieście spotkał jakiegoś mężczyznę, który za 20 zł dał mu paczkę do zaniesienia do wskazanego przez niego domu, którego adresu chłopak nie zna. Na miejscu siłą wsadził go do piwnicy i zamknął. Słyszał stamtąd rozmawiających nie po polsku mężczyzn, uznał więc, że na pewno byli to Żydzi. Na pytanie, jak się stamtąd wydostał, odpowiedział, że jakiś chłopiec podał mu stołek przez okienko i dzięki udało mu się uciec. Ojciec, informację o przetrzymywaniu, przekazał MO. Po drodze na komisariat, towarzyszący im sąsiad, wskazał Heńkowi dom przy Planty 7 i zapytał go, czy to tu go przetrzymywano. Chłopak powiedział, że tak. Wskazał też na stojącego na ulicy mężczyznę, twierdząc, że to on go uprowadził. Kalaman Singer, bo tak się nazywał mężczyzna, został zatrzymany, doprowadzony na komisariat i tam pobity przez milicjanta Kazimierza Zająca. Zatrzymany uważał, że tak absurdalne podejrzenie wiąże się jedynie z chęcią wyłudzenia od niego pieniędzy.
Do komisariatu, w którym przebywał wówczas zastępca komendanta Marian Martyński, przyjechał zastępca komendanta wojewódzkiego – major Kazimierz Gwiazdowicz. Kierownik Edmund Zagórski wydał polecenie milicjantowi Stefanowi Sędkowi z referatu śledczego, by jego wywiadowcy wraz z chłopcem udali się na miejsce zdarzenia, by odnaleźć piwnicę, w której dzieciak był przetrzymywany. Udało się tam w sumie 14 milicjantów. Pod budynkiem zaczął się już zbierać tłum gapiów. Gwiazdowicz o zdarzeniu powiadomił szefa UBP w Kielcach – Władysława Sobczyńskiego. Ten zażądał przekazania całej sprawy wraz z zatrzymanym i chłopcem do WUBP oraz odwołania wysłanych milicjantów. Na Planty WUBP wysłało 7 ludzi z plutonu wartowniczego, a gdy nie udało się im rozpędzić tłumu, zażądali przysłania wojska. Wkrótce przybyło tam 40 osób z KBW i 7 z WP. Wojsko wraz z milicją wdarli się do żydowskiego budynku pod pretekstem szukania innych rzekomo zamordowanych tam dzieci. Zażądano też od wszystkich Żydów wydania wszystkiej broni palnej, jaką posiadali. W którymś momencie ze strony wojska padły strzały, miało też dojść do rabunku. Pierwszy strzał był niby przypadkowy. Wtedy to tłum zaczął obrzucać budynek kamieniami, a następnie zaczął wdzierać się do środka. Żydzi w samoobronie zaczęli strzelać. Żołnierze i milicja wypędzali żydowskich mieszkańców na zewnątrz, wprost w ręce tłumu, gdzie ci byli bici, obrzucani kamieniami, kłuci bagnetami i ostrzeliwani. Dwie żydowskie dziewczyny zostały wyrzucone z balkonu na drugim piętrze i dobite na dole. Niektórzy milicjanci, żołnierze i cywile rabowali mienie żydowskie. Przewodniczący Komitetu Żydowskiego doktor Kahane został zabity strzałem w tył głowy, kiedy dzwonił do UB po pomoc.
Pułkownik Wiktor Kuźnicki – komendant wojewódzki UBP o wydarzeniach powiadomił generała Witolda (Franciszka Jóźwiaka). Ustalono, że dowództwo nad działaniami na Plantach obejmie dowódca 2 Dywizji Piechoty – pułkownik Stanisław Kupsza. Na miejsce wezwano straż pożarną, by zlała tłum woda, ale nie wiedzieć czemu zaraz po przybyciu została odwołana. Żydzi w dalszym ciągu byli bici, mordowani i grabieni. Na Planty wysłano też słuchaczy miejscowej szkoły milicyjnej mieszczącej się przy ul. Zagórskiej.
Kolejną fazę pogromu rozpoczęło przybycie, w czasie przerwy obiadowej, pracowników z Huty „Ludwików”. Na miejscu pojawili się kolejni słuchacze, tym razem ze szkoły WUBP ze Zgórska. Około 16-ej przybyły jednostki wojskowe z Warszawy. Rannych i zabitych Żydów przewieziono do szpitala św. Aleksandra, a ocalałych na stadion miejski i do urzędu bezpieczeństwa, po drodze bijąc ich i rabując. Ponadto z domu przy ul. Leonarda 15 milicjant Stefan Mazur wspólnie z innymi osobami, uprowadził Reginę Fisz, żonę miejscowego żydowskiego fabrykanta i jej 3-tygodniowe dziecko. Wywieziono ich do lasu. Kobietę ograbił, a następnie oboje zastrzelił. Tego samego dnia miały też miejsce pogromy Żydów w kieleckich pociągach. W sumie pogrom trwał około 7 godzin. Łącznie zabito 42 Żydów, a ponad 40 było rannych.
5 lipca przyleciała do Kielc grupa śledcza z generałem Stanisławem Stecą, ministrem bezpieczeństwa Radkiewiczem i szefem nadzoru prokuratorskiego – prokuratorem Dąbem, a także komisje Ministerstwa Bezpieczeństwa i Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Komisja Specjalna. Pierwsze podejrzenie, jakie padło to to, że pogrom został sprowokowany przez polskie podziemie. Pojawiały się też inne oficjalne i nieoficjalne wersje odnośnie tego, komu zależało na doprowadzeniu do tego: samym Żydom, UB i władzom radzieckim. Łącznie w całej tej sprawie doszło do 7 procesów sądowych, w których było w sumie 40 oskarżonych – zarówno mundurowych, jak i cywilów. O tym jak przebiegało śledztwo i postępowania sądowe przeczytajcie sami.
Trzeba przyznać, że autorka konkretnie, wnikliwie i plastycznie przedstawiła wydarzenia kieleckie. Co ważne u historyka, nie dała się ponieść emocjom. Dla mnie przerażające było nie tylko całe to bestialstwo, wynaturzenie i uleganie niskim żądzom, ale też świadomość jak wiernych naśladowców znalazł sowiecki aparat bezpieczeństwa i radzieccy żołnierze „wolności i pokoju” w Wojsku Polskim, UB, MO i KBW.
