- Autor: Łastik Salomon
- Tytuł: Dzieci które znałem
- Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
- Seria: Biblioteka Wychowania Moralnego (tom V)
- Rok wydania: 1963
- Nakład: 5234
- Recenzent: Robert Żebrowski

My, dzieci z patologicznych domów
To kolejna książka Salomona Łastika – nauczyciela oraz wychowawcy dzieci i młodzieży – którą recenzuję. Jest ona zbiorem opisów 22 dzieci tzw. trudnych, w różnym wieku (od 8 lat w górę), z różnych okresów i z najrozmaitszych środowisk rodzinnych i wychowawczych. Liczy 207 stron.
Opisywane zdarzenia miały miejsce w różnych miejscach w Polsce (m.in. w Warszawie i Łodzi), a dotyczą okresu: lata 30. – początek lat 60.
Pośród tych wszystkich dzieci – zdemoralizowanych lub zaniedbanych opiekuńczo, wychowujących się w patologicznych rodzinach – mamy też takie, które dopuściły się czynów karalnych. Są to m.in.: Rudy Tadek ps. Koza, który „karierę” rozpoczął od kradzieży wiązek drewna, a kontynuował jako „doliniarz”, Wacek Kurnosy zajmujący się różnego rodzaju szulerką, Jasio, który zanim został zatrzymany na włamaniu do kiosku, okradał własną matkę, Stasiek, który dokonał włamania do księgarni, a potem do ambulatorium, po to tylko, żeby być relegowanym ze szkoły, w której nie lubił się uczyć, Michał, który włamał się do szkoły i ukradł projektor, po to, by zabrano go do ośrodka z domu, w którym się nad nim znęcano, a także Tadek, który ukradł puste butelki ze skupu, a potem usiłował je w tym samym miejscu sprzedać.
Smutne są te opowiadania, a niektóre nawet tragiczne. Źródłem kłopotów, cierpienia i dramatów tych młodych ludzi były patologiczne domy, z których pochodzili, ich niewydolne wychowawczo i niepełne rodziny, rodzice przestępcy i alkoholicy, agresywni tatusiowie, rozwiązłe mamusie często zmieniające kochanków, konkubentów czy partnerów życiowych, wśród których byli i tacy, którzy znęcali się nad dziećmi tychże kobiet. Przestępczość opisywanych nieletnich najprawdopodobniej nigdy nie miała by miejsca, gdyby żyli on w innych, zwykłych, normalnych, przeciętnych rodzinach, gdyby rodzice interesowali się nimi i dbali o nich, gdyby ojciec i matka nie dawali im złego przykładu, gdyby mieli w rodzinie kogoś z kim mogliby się podzielić swoimi problemami i obawami. Nie myślcie jednak, że książka ta – po upływie ponad 60 lat od czasu jej wydania, a nawet 90 od czasu najstarszych z opisywanych w niej wydarzeń – jest już nieaktualna. Zapewniam Was, że w naszym kraju wciąż są takie dzieci, takie rodziny, takie domy i takie zdarzenia. Być może skala jest mniejsza, ale wcale nie aż tak bardzo jakby mogło się wydawać. W niektórych przypadkach zmieniła się tylko otoczka: ładniej wyglądające od środka domy, bardziej wykształceni rodzice [co z mądrością nie musi iść w parze], lepszy status materialny, ale ich bagno moralne na podobnym poziomie, co kiedyś. Czy warto przeczytać tę książkę? Warto! Czy mimo tego ktoś po sięgnie? Wątpię. Wygodniej przecież odwrócić oczy od tego, co niewygodne, trudne, naruszające „święty” spokój, a także powodujące ruchy sumienia w kierunku zaangażowania się w różne formy pomocy tym „maluczkim”. Wygodniej, ale czy lepiej?
