Ostrowska Ewa – Sidła strachu 385/2025

  • Autor: Ostrowska Ewa
  • Tytuł: Sidła strachu
  • Wydawnictwo: Skrzat
  • Seria: Kryminał
  • Rok wydania: 2007
  • Nakład: nieznany
  • Recenzent: Robert Żebrowski

Ścigany przez samego siebie

Książka ta swoje pierwsze wydanie miała w roku 1972 pod tytułem „Ścigany przez siebie samego”, a jej autorka wystąpiła pod pseudonimem Brunon Zbyszewski. Na tej podstawie w roku 1981 powstał – pod tym samym tytułem – dwunasty odcinek serialu „07 zgłoś się”. Recenzowana pozycja liczy 245 stron, a jej cena okładkowa to 24,90 zł.

Akcja toczy się w dwóch miejscach – większość z niej w jakimś dużym mieście (nie jest to jednak ani Warszawa, choć raczej niedaleko od niej, ani Wybrzeże, ani też Kielecczyzna) – był tam szpital im. Ludwika Pasteura [bardziej tu pasuje Łódź niż Wrocław] oraz we wsi Kozienice Czarne (powiat Bolesławice – w innym miejscu te same Bolesławice to niewielka osada !!!), w roku 1965.

Maria i Henryk Jagodzińscy od 20 lat byli małżeństwem. On wysoki, bardzo otyły, ciężko schorowany i rzadko się poruszający, ona – choć chorująca na serce – szybka, sprawna, aktywna i stale mu usługująca.

Czytelnik już z pierwszego rozdziału dowiaduje się, że Maria została wypchnięta przez męża przez okno z mieszkania na trzecim piętrze w kamienicy przy ul. Wysokiej 20, upadła plecami na betonowe podłoże podwórza typu studnia i zginęła na miejscu. Niestety ani milicja, reprezentowana w tej sprawie przez kapitana Żabickiego, ani prokuratura nie miały tej wiedzy. Sprawę potraktowano jako nieszczęśliwych wypadek podczas poprawiania zasłonek przy otwartym oknie i o mało nie umorzono jej przed wszczęciem. Wnioskował o to zastępca prokuratora [obecnie jest to stanowisko asesora] Kazimierz Gorczyński. Jednak prokurator Andrzej Dolecki, lat 26, mający staż dopiero trzech miesięcy pracy zawodowej, nie zatwierdził tego. Nie podobało mu się, co widać było na zdjęciach, że denatka miała otwarte, puste, na niczym nie zaciśnięte dłonie, a przecież przy takim zdarzeniu człowiek powinien próbować się czegoś uchwycić, czegokolwiek.

Prokurator postanowił bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Choć nikt bezpośrednio nie widział tego zdarzenia, to jednak zeznania świadków wzbudziły u niego podejrzenia wobec męża denatki. Pierwszym świadkiem była Halina Hanysz. „Była jedną z tych kobiet, które natychmiast po wyjściu za mąż wkładają szlafrok, nie czeszą się, chodzą przez cały dzień w przydeptanych pantoflach, ponieważ wydaje się im, że już wszystko w życiu otrzymały”. To ona usłyszała krzyk, a później jakieś plaśnięcie o beton. To ona zobaczyła leżące ciało i wezwała karetkę pogotowia. Zdziwiło ją to, że po wypadku, w oknie Jagodzińskich na krótko zgasło światło. Drugim świadkiem była Eliza Hoffmann („przez dwa „f” i dwa „n””) – bardzo wysoka staruszka, ubierająca się dość dziwacznie, mieszkająca w pokoju pomalowanym na różowo i z różowym wyposażeniem („jest to kolor ochronny przeciwko pająkom (…) pająki się go boją”). Wyglądająca na wariatkę okazała się świadkiem z wyobraźnią, z którym rozmowy (liczba mnoga) najbardziej dopomogły Doleckiemu w rozwiązaniu sprawy. To ona zwróciła uwagę na to, że Henryk Jagodziński bardzo późno pojawił się przy zwłokach żony, nie wyjrzał nawet z okna, a kiedy już zszedł, na nogach miał nowe, nieużywane buty, a nie kapcie, w których chodził po domu. Również i ona zwróciła uwagę na otwarte dłonie Marii i wielkie przerażenie, które zastygło na jej twarzy. Dodała również, że patrząc na twarz jej męża odniosła wrażenie, że czegoś tam mu brakuje, ale nie potrafiła określić czego.

Następnie prokurator wraz z zastępcą udali się do mieszkania Jagodzińskich. Po rozmowie z Henrykiem, Dolecki odniósł wrażenie, że tamten kłamał i coś starał się ukrywać. Zauważył też, że w pokoju na ścianie było puste miejsce po jakimś obrazie. Kolejnym świadkiem był jedyny żyjący członek rodziny Marii – starsza siostra Klementyna Nawrocka. Zeznała, że jej siostra poznała Henryka zaraz po wojnie, na ulicy, sprowadziła go do domu, a po dwóch tygodniach wzięli ślub. Stwierdziła, że mąż wobec swej żony był oschły, zimny i jakiś obcy. Zachowywał się dziwacznie, stronił od ludzi jakby się ich obawiał, unikał lekarzy, a Marię traktował tylko jak służącą. Ona zaś podporządkowała mu całe swoje życie, dbając tylko o jego zachcianki. Zaborczość Henryka doprowadziła do tego, że Klementyna musiała opuścić mieszkanie i zamieszkać gdzie indziej. Maria zaś dostała od niego zakaz spotykania się z siostrą. Zaskoczeniem dla prokuratora była informacja od Klementyny, że jej szwagier miał poważną wadę wzroku i używał bardzo grubych szkieł. Po jakimś czasie wyszło na jaw, że w mieszkaniu Jagodzińskich na obecnie pustym miejscu wisiało ich zdjęcie ślubne. Okazało się, że takie zdjęcie ma też Klementyna. Miała ona przekazać je prokuratorowi, ale nie zdążyła. Zginęła we własnym mieszkaniu. Ktoś ją otruł wsypanym do herbaty cyjankiem, a następnie odkręcił kurki z gazem. Oczywiście zabrał też ze sobą zdjęcie …

W mojej ocenie książka ta jest rewelacyjna i o niebo lepsza od filmu. Świetnie opisane i szczegółowo przedstawione, łącznie z historią życia, niezwykle charakterystyczne postacie, prokuratorzy – co stanowi rzadkość – w roli głównej, ładnie ukazana metamorfoza w podejściu do prokuratora przez jego zastępcę i oficera milicji, niezwykły pomocnik śledczych (pani Hoffmann), atmosfera niepewności co do winy osoby podejrzanej, a także co jakiś czas, jak refren, powracające i nurtujące pytanie: „Kim jest Henryk Jagodziński?”. Muszę przyznać, że dawno już nie czytałem tak świetnego kryminału.

Ciekawostki:
– Jeden z obiadów zaserwowanych prokuratorowi przez jego babcię: zupa z porów i móżdżek zapiekany w kokilkach,
– Wyrażenie: „Znalazł się pan jakby między mieczem a kowadłem” [raczej „młotem a kowadłem”, choć i tamto też ma jakiś sens]
– Milicjant do prokuratora: „Tylko w „Kobrze” cyjanek ma silny zapach gorzkich migdałów. W rzeczywistym działaniu ten zapach szybko się ulatnia”

PRL-ogizmy: papierosy „Giewont”, samochody – mały Hillman (czyli Imp, produkowany w latach: 1963-1976) i milicyjna Warszawa, Dziennik Telewizyjny, serial z kapitanem Klossem.