- Autor: Wolpin Michaił, Erdman Nikołaj
- Tytuł: Strażnica w górach. Scenariusz filmowy (Na daliekoj zastawie)
- Wydawnictwo: Filmowa Agencja Wydawnicza
- Seria: Biblioteka Scenariuszy Filmowych
- Rok wydania: 1954
- Nakład: 7180
- Recenzent: Robert Żebrowski

Strażnica gotowa do wysłuchania rozkazu bojowego o tym, że strzeże odcinka granicy państwowej Związku Socjalistycznych Republik Rad.
Jeszcze półtora miesiąca temu nie wiedziałem, że istniała Filmowa Agencja Wydawnicza i Biblioteka Scenariuszy Filmowych. Dowiedziałem się o tym w trakcie przeczesywania zbiorów Biblioteki Narodowej, jednak tej książki tam nie czytałem. Wiedząc, że jest białym krukiem, i widząc, że wyjątkowo, niedrogo i w dobrym stanie jest dostępna na aukcji w internecie, postanowiłem ją kupić i spokojnie, powoli i wygodnie przeczytać w domu, bo w BN takich możliwości nie ma. Tam się czyta ekstremalnie szybko, by jak najefektywniej wykorzystać czas, tylko i wyłącznie na krześle, no i na głodnego, czyli jak widać w warunkach dalekich od wymarzonych.
Autorów tej książki zupełnie nie znam. Liczy ona 87 stron, a jej cena okładkowa to 3,70 zł. Jest w niej kilkanaście zdjęć z filmu, który wyprodukowano rok wcześniej. Produkcji tej nie oglądałem, bo nie udało mi się znaleźć jej w sieci.
Akcja toczy się w okolicach Sałaj-Kusza (w innym miejscu: Sołajkuszu), na południowych rubieżach azjatyckiej części Kraju Rad (Turkmenistan, Uzbekistan lub Tadżykistan), przy granicy z Afganistanem, raczej przed II WŚ.
Dowódcą tamtejszej strażnicy był kapitan Andriej Prochorow. Nie wiadomo jak licznym garnizonem dysponował, ale na kartach opowiadania pojawili się: starszy sierżant n/n, plutonowy Kuleszow (opiekun koni służbowych, sekretarz komsomolskiej organizacji), kaprale: Sinicyn, Iwanow (instruktor tresury psów służbowych) i Swiridin (odpowiedzialny za gołębie służbowe), szeregowi: Kowalczyk, Sumarokow, Simonian, Agutin, Marczenko, Sitnikow i Worobiew, czyli łącznie z dowódcą 13 osób, a to i tak na pewno nie wszyscy. Kapitan Prochorow zachorował na malarię, na szczęście jednak przed jego odjazdem do szpitala, na strażnicy pojawił się wcześniej już oczekiwany jego zastępca – porucznik Siergiej Łunin z Moskwy. Sytuacja na granicy nie była spokojna, gdyż w jej rejonie działała banda Ismaił-beka, a do tego tuż za nią rozpoczęła swoje prace amerykańska ekspedycja archeologiczna.
Konkretna akcja zaczęła się, kiedy Kuleszow i Marczenko wraz z całą menażerią (dwa konie, owczarek i gołąb) wyszli na patrol w góry. Ich zasadniczym zadaniem, zresztą jak każdego patrolu pograniczników, było wykryć i zatrzymać przypuszczalnego szpiega. Kiedy byli w wąwozie, zeszła z gór lawina kamieni i głazów. Żołnierze ukryli się w jaskini, której wejście zostało zasypane. Jeden z koni i pies pozostały na zewnątrz. Sytuacja nie była jednak taka tragiczna. W pieczarze była wentylacja oraz szpara, przez którą można było prowadzić obserwację. Właśnie przez ten otwór, poszerzony bagnetem, Kuleszow wypuścił gołębia z informacją (pod tulejką na nodze) dla strażnicy. Wysłannik nie miał jednak szczęścia. W locie upolował go orzeł, a na skały opadły gołębie pióra. I to właśnie takie piórko, zakrwawione, zauważył jeden z żołnierzy, którzy pod dowództwem Łunina wyruszyli na poszukiwania patrolu, który nie powrócił ze służby. Pogranicznicy domyślili się, co się mogło wydarzyć, gdyż w tych górach podróżowały tylko ich gołębie. Dla każdego sprawa wydawałaby się przegrana, ale na szczęście żołnierzy wspomagali w poszukiwaniach towarzysze z kołchozu „Internacjonał”. Jeden z nich, Gafarow, stwierdził, że trzeba poszukać orlego gniazda, gdyż tam orzeł lub jego młode zżarły ofiarę, jednak metalowa tulejka powinna się ostać. Gniazdo udało się namierzyć, trudno jednak było się do niego dostać. Kiedy z kolei i to się udało, trzeba było jeszcze stoczyć walkę z parą orłów. Na szczęście tulejkę z informacją znaleziono i ruszono patrolowi na ratunek. W międzyczasie uwięzieni patrolowcy, dzięki wysiłkom gimnastycznym i lufie karabinu wystawionego przez szczelinę zatrzymali – na odległość – podejrzanego człowieka w turbanie. Zatrzymanego pilnował pozostały przed jaskinią owczarek. Kiedy odsiecz przybyła i odgruzowała wejście do jaskini, uwalniając uwięzionych, zatrzymanego odstawiono do strażnicy. Okazał się on na tyle ważną osobą, że odstawiono go aż do Moskwy, gdzie w Ministerstwie Bezpieczeństwa zajął się nim sędzia śledczy. Tymczasem na południu kraju, tuż za granicą, amerykańscy szpiedzy, posługujący się miejscową bandą, przystąpili do realizacji operacji Alfa wynikającej z planu „Poczwarka jedwabnika” …
Książeczka ta jest dość sympatyczna, jednak tylko do czasu, kiedy polała się krew. Jest w niej trochę śmiesznych sytuacji i humorystycznych dialogów. Styl, w jakim została napisana, jednoznacznie wskazuje na okres, w jakim powstała, czyli lata 50. Dużym plusem jest górska sceneria i niepoślednia rola zwierząt, szczególnie zaś konia Orlika. Tym, co charakteryzuje ukazanych w niej radzieckich pograniczników jest wielki hart ducha, nieustępliwość, odwaga i gotowość na poświęcenia.
Ciekawostka: jeden z gołębi służbowych wrócił do strażnicy z brudnymi łapami, czyli wniosek z tego, że gdzieś siadał, a jeśli siadał to żaden z niego łącznik (bo to i opóźnia dostarczenie wiadomości i stwarza ryzyko jej niedostarczenia z uwagi na drapieżniki lądowe, które mogą zaatakować gołębia).
Ciekawy cytat: gospodyni ze strażnicy do porucznika, który w Moskwie zostawił świeżo poślubioną żonę: „To tylko w teraźniejszych powieściach taka moda, że żonę musi dzielić od męża co najmniej tysiąc kilometrów (…) Myślę, że nie po to ludzie się żenią, aby osobno żyć” [niestety nie tylko w ówczesnych, i nie tylko w powieściach, jest taka moda].
