„Polityka” – 4 kwietnia 2012 – Zapomniany świat majora Downara

Jeden lubi oglądać Klossa po raz dwudziesty, drugi relaksuje się przy lekturze powieści milicyjnej. Ci, którzy szukają ich w naszym antykwariacie, to często ludzie stateczni, z dobrą pozycją zawodową, tytułami naukowymi – mówi Grzegorz Cielecki.

Joanna Podgórska: – Z tą powieścią milicyjną to ironicznie czy na serio?
Grzegorz Cielecki: – Na pewno jest w tym sporo ironii. Nasz klub to w dużej mierze forma zabawy: wyszukiwanie smaczków w peerelowskich kryminałach, nieudolności pisarskich, niezamierzonej śmieszności. Jak w każdym masowym gatunku literackim także i tu trafiają się oczywiście nieźli autorzy i dobre książki. Jeden lubi oglądać Klossa po raz dwudziesty, ja zresztą również mam tę przypadłość, drugi relaksuje się przy lekturze powieści milicyjnej. Ci, którzy szukają ich w naszym antykwariacie, to często ludzie stateczni, z dobrą pozycją zawodową, tytułami naukowymi. Bywa rektor jednej z prywatnych uczelni, pani doktor prawa, pewien wydawca. Wpadają raz w miesiącu, biorą po dwie, trzy książki do poduszki, na podróż. Są też klienci bardzo młodzi, dla których PRL to historyczna ciekawostka, ale zobaczyli jakiś film Barei i ich zainteresowało. Miałem parę przypadków licealistów, którzy prosili, żeby im coś takiego wybrać, bo szykują prezentację maturalną o powieści milicyjnej.

Kiedy ta przypadłość zaczęła się u pana?
Pierwszą styczność z takimi kryminałami miałem oczywiście w podstawówce.

Myślę o nawrocie choroby.
Od założenia klubu minęło 10 lat. A zaczęło się od przypadku. W prezencie dostałem paczkę około 100 książek, wśród nich sporo kryminałów. Podczytywałem je sobie w wolnych chwilach. Leżały na podłodze za kanapą, a odwiedzający mnie znajomi pytali, co to. Okazało się, że oni też lubią ten gatunek. Po paru rozmowach przy piwku powstał pomysł, by założyć klub. Zawsze miałem skłonność, by gromadzić wokół siebie znajomych, ale żeby punktem stycznym spotkań był jakiś temat. To jest jakiś punkt odniesienia. Jak w każdym tego typu środowisku, osób zaangażowanych jest kilka czy kilkanaście, a reszta to satelici, sympatycy.

Wcześniej był pan prezesem klubu poetyckiego i animatorem pisma „Próba atmosfery”. Można powiedzieć, spory rozrzut.
Można powiedzieć: przepaść. Choć powieść milicyjna też może być poetycka, jak się na nią odpowiednio spojrzy. To jest związane z pewnymi etapami w życiu. Gdy człowiek jest młodszy, ciągnie go poezja, ale z upływem czasu coraz bardziej – proza. A że powieść milicyjna, to przypadek. Łatwo mi sobie wyobrazić, że prowadzę jakiś inny klub. To chęć, by coś robić poza pracą zawodową, i potrzeba, by pozostawić jakiś namacalny ślad. W jednym i drugim klubie wydawaliśmy antologie, zbiorki. W klubie MORD wydajemy „Serię z Warszawą”. Właśnie ukazał się 29 tom, a kolejne są w produkcji.

To są kryminały trudno dostępne, które miały niskie nakłady?
Też, ale głównie takie, które nigdy nie ukazały się w formie książkowej, tylko były drukowane w prasie, w odcinkach. Tak zwane gazetowce. To one mają znaczenie dla koneserów gatunku. Większość kryminałów z PRL można po parę złotych kupić bardzo łatwo, w antykwariatach, u bukinistów, na pchlim targu czy na Allegro. Są tytuły rzadsze, ale jest ich niewiele. Natomiast jeśli ktoś interesuje się konkretnym autorem i dowiaduje się, że jest książka, której nie zna, chętnie ją kupi po cenie księgarskiej. To białe kruki wydawane w nakładzie klubowym 100–200 egzemplarzy. Rozchodzą się poprzez klub i pocztę pantoflową. Nie są osiągalne w normalnej dystrybucji. Prawie całą robotę redakcyjną wykonuje jedna osoba. Pozyskane fundusze inwestujemy w wydanie kolejnego tomu.

Skąd się wie, gdzie i kiedy ukazywały się gazetowce?
Nie wie się. Szuka się po omacku w różnych „Nowinach Rzeszowskich” i „Głosach Szczecina”. Są w klubie dwie osoby, które siedzą w bibliotekach i wertują stare roczniki. Mamy w bazie już 200 pozycji kryminalnych, nigdy niewydanych w formie książkowej. Większość z nich będziemy się starali opublikować. Autorów z tzw. wielkiej czwórki, czyli Helena Sekuła, Anna Kłodzińska, Jerzy Edigey, Zygmunt Zeydler-Zborowski, mamy już w niemal stu procentach wydanych. Do tej grupy trzeba by jeszcze dorzucić Barbarę Gordon, ale jej dzieła w całości wyszły książkowo w PRL.

Mam wrażenie, że moda na powieść milicyjną to kwestia pokoleniowa. Czterdziestolatki szukają wspomnień z dzieciństwa?
Niewątpliwie jest to szukanie atmosfery i detali ze świata minionego. A dzieciństwo to okres, który każdy jakoś tam w sobie pielęgnuje. Zaraz ktoś powie: nieprawda, to były głupie propagandówki, co tam można znaleźć. A tam można znaleźć np. opisy nieistniejących już lokali gastronomicznych. Choćby głośnej kiedyś mordowni Jantar przy ul. Świętokrzyskiej. Odnalazłem opisy już w pięciu książkach. Ostatnio w „Zakatarzonym masażyście” Zeydlera-Zborowskiego. O, proszę: „– Byle tylko nie do tego cholernego Jantara – skrzywił się sierżant. – Straszna speluna. Trudno zrozumieć, że takie coś znajduje się w reprezentacyjnym punkcie w Śródmieściu”. Jantar musiał paść we wczesnych latach 80., w klubie są osoby, które go jeszcze pamiętają. Można się pokusić o szukanie pocztówek z tego okresu. Może na którejś będzie jego szyld. Albo mignie w jakimś starym filmie, np. u Barei.

Nas fascynują właśnie takie głębinowe, drobiazgowe poszukiwania. Podczas spotkań klubowych oglądamy też stare filmy. Nie po to, by śledzić fabułę, bo każdy ją dobrze zna, ale po to, by na stop-klatkach zatrzymywać detale: witryny, hasła typu: „Spawaj tylko w kasku”, neony. Organizujemy klubingi, czyli spotkania plenerowe, podczas których odwiedzamy miejsca opisane w powieściach milicyjnych, szukając tego, co pozostało. Chociaż autorzy uprawiali czasem realizm magiczny; mylili tropy, opisując nieistniejące lokale, budynki czy nawet ulice. Ale one są wpisane w tkankę warszawską, która jak najbardziej istniała. Deszyfracja tych map jest fascynująca. I to jest ta część działalności klubu, którą traktuję serio – wątki varsavianistyczne.

Paryżanin, który ostatni raz widział swoje miasto 25 lat temu, mógłby się dzisiaj trochę zdziwić. Warszawiak by zgłupiał. Szukacie miasta, które w sporej części zniknęło.
Nie ma chyba miasta, które zmieniałoby się tak szybko. Rok w Warszawie to jest epoka. Na miejscach ruder powstaje 20 nowych apartamentowców. Pojawiają się coraz to nowe sklepy i lokale. Weźmy choćby budynek przy ul. Jana Pawła II nr 65. Od kiedy padł sklep monopolowy U Grażynki, było tam już pięć kolejnych lokali: cukiernia, spożywczy, barek ze zdrową żywnością, kuchnia hinduska, od paru tygodni jest drogeria zielarska. Więc co tu mówić o lokalach rodem z PRL? Właśnie padł ostatecznie słynny bar kawowy Jaś i Małgosia, istniejący od 1967 r. Na szczęście zdemontowany neon trafił do muzeum na Pradze.

 

To już tylko, opisana przez Janusza Głowackiego w serii „Ewa wzywa 07”, restauracja Lotos się trzyma.
Trzymają się jeszcze Paragraf, bar Przy Kaśce. Ostatnio był tam remont, więc się bałem, że wszystko pozmieniają, ale na szczęście nie. Dalej można się tam napić Pliski czy Słonecznego Brzegu, zjeść wuzetkę albo ciastko ponczowe. To są dla klubowiczów miejsca kultowe. Spotykamy się w nich choćby po to, by je wesprzeć jakąś kwotą za piwo i jarzębiak; żeby nie padły.

Powieści milicyjne w 90 proc. rozgrywały się w Warszawie, przy czym szukanie w nich wątków varsavianistycznych wymaga sporo trudu, bo w przeciwieństwie do dzisiejszych kryminałów miejskich były bardzo ogólnikowe. Ważniejsze były działania operacyjne MO czy przemyślenia majora Downara [główny bohater kryminałów Zeydlera-Zborowskiego, a także nick Grzegorza Cieleckiego na Allegro]. Można więc odczuwać pewien niedosyt, ale rekompensują go bon moty w wykonaniu funkcjonariuszy.

Ma pan swoje ulubione?
Mnóstwo. Choćby: „To milicja, a nie ogródek jordanowski”; „Deszcz to wróg milicjanta, powinno się aresztować deszcz”; „Mam fiata 126 p. To nie jest wóz dla gangsterów”; „Któż zdoła odgadnąć motywy działania kobiety”.

Te książki miały niesamowite nakłady.
Jeśli chodzi o literaturę popularną, były to najwyższe nakłady w PRL, dochodziły nawet do 300 tys. egzemplarzy, choć przeciętny to 100 tys. Oczywiście wynikało to z braku alternatywy; tłumaczenia zachodniej literatury kryminalnej były mocno reglamentowane. Powieści np. Alistaira Macleana ukazały się może trzy czy cztery. Dopiero po 1989 r. zaczął się boom, wydrukowano go w całości i zasypano rynek. Z dawnych polskich autorów ten napór przetrwała tylko Joanna Chmielewska. Dopiero po latach polski kryminał zaczął się odradzać.

Swoją drogą biedni byli ci autorzy, bo zbrodnie w PRL były dosyć siermiężne: napad z użyciem cegły, kradzież drutu w fabryce. Nie było łatwo o dobrą intrygę. A z drugiej strony milicjantom łatwiej było tropić ślady w zgrzebnej rzeczywistości. Dobry funkcjonariusz odróżniał ślad buta polskiego od zagranicznego. Gdy przestępca widziany był np. w niebieskim Fordzie…
Wystarczyło na palcach jednej ręki policzyć niebieskie Fordy, by wytypować sprawcę. Tak, dlatego często te powieści są tak schematyczne. Wiadomo, że przestępcą okaże się zazwyczaj badylarz, zblazowany inteligent, pseudoartysta, bananowy młodzieniec, raczej nie robotnik. Powieść milicyjna także objęta była cenzurą. Nie wiedziałem o tym. Myślałem, że wystarczyły spotkania autorów z pułkownikiem Krupką vel Krupińskim, który zapraszał ich do komendy i tłumaczył, jak mają pisać, by słusznie pokazać postać funkcjonariusza. Bo tak naprawdę te książki miały być reklamą MO. Intryga była mniej ważna.

Ostatnio jeden z internautów przysłał mi pismo z IPN, z którego wynika, że zdarzały się także interwencje cenzorskie. Ten przypadek dotyczył akurat kryminału Jerzego Edigeya, który pozwolił sobie na kąśliwą uwagę o wyrobie FSO, w stylu: „ten trup zaraz się rozsypie”. Cenzura odnotowała, by usunąć to zdanie, bo źle wpływa na wizerunek polskiego przemysłu.

Edigey przed wojną związany był z prawicą.
To ciekawa postać. Pochodził z tatarskiej rodziny szlacheckiej, a Edigey to jego przydomek rodowy, pochodzący od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy. Był członkiem ONR. Siedział w Berezie Kartuskiej. W PRL zajął się kryminałem, bo jako działacz byłej prawicy miał trudności z wykonywaniem zawodu adwokata. Pisał regularnie jak w zegarku: dwie powieści rocznie. Dla niego był to pewnie sposób zarobkowania. Ale bywało, że autorzy powieści milicyjnej traktowali swoją twórczość poważnie. Zeydler-Zborowski wytoczył proces Hamiltonowi za to, że nazwał go grafomanem i zapewne nie podobał mu się felieton Janusza Głowackiego, który wyśmiewał się z jego opisu orgii, zakończonej występem żonglera. Ja akurat lubię wątki obyczajowe u Zborowskiego, bo one nie są do końca serio.

Gdy upadł PRL, miał pan 20 lat. Pożegnanie bez żalu?
Studiowałem psychologię wychowawczą, zajmowałem się poezją. Nawet wydałem trzy tomiki wierszy. Zostałem księciem prasy lokalnej i osiedlowej. Pisałem do kilkunastu gazet, potem do „Kuriera Polskiego” i „Życia Warszawy” jako latający miejski reporter. To nie był czas na nostalgię, wszystko było rozpędzone, patrzyło się do przodu, a nie wstecz. Ten moment nastąpił, gdy bardzo wyraźnie poczułem, że różnica między dziś a wczoraj jest skokowa, niebotyczna. Stabilny, niespieszny PRL nabrał patyny, stał się historią do odkrycia. Może jest to jakaś próba znalezienia ciągłości w sobie samym; połączenia tych dwóch światów, z których jesteśmy, w jeden. Jakoś mi się to zbiegło w czasie z krążeniem po antykwariatach w poszukiwaniu kryminałów. Aż wreszcie sam zostałem antykwariuszem.

Tylko czy w epoce Internetu ta branża też za chwilę nie stanie się przeszłością?
Może tak być. W tej chwili tysiące, a może miliony ludzi handluje książkami przez Internet. Podaż starych książek jest ogromna, a ceny bardzo niskie. Kilkadziesiąt tysięcy książek dziennie trafia na przemiał albo na makulaturę. Już się ich nie dziedziczy. Umierają starzy ludzie, a ich spadkobiercy likwidują księgozbiory. Kurzą się, zajmują miejsce, są mało mobilne, więc wolą je sprzedać. Przywożą do nas książki całymi kartonami, wybieramy z tego może 10 proc. Reszta jest niesprzedawalna. Choćby Putrament. W ciągu ostatnich 5 lat tylko raz ktoś o niego spytał, bo mu brakowało jednego tomu i całość źle wyglądała na półce. Ludzie pytają, co mają zrobić z resztą, wyrzucić czy może weźmiemy za darmo. Jakoś tych książek żal, dlatego otworzyliśmy na Bemowie Cmentarzysko Zapomnianych Książek, gdzie się płaci parę złotych, dostaje torbę i można brać, ile wejdzie. To ostatnia szansa, by uratować książki przed przemiałem.

W 1984 r. po Dzieła Zebrane Norwida stałem w kolejce kilka godzin. Teraz te pięć tomów kosztuje 30 zł. Stoją na półce i nikt ich nie chce. Książka kosztuje u nas średnio tyle, ile kawa w Coffee Heaven, a ludzie i tak narzekają, że za drogo. Następuje zmiana pokoleniowa. Młodzi ludzie odchodzą od tradycyjnych wydań i książkę kupują tylko wówczas, gdy nie jest dostępna na innym nośniku, typu e-book czy audiobook. Zanika typ klienta, który przychodził do antykwariatu porozglądać się, poszperać po półkach, może się coś trafi. Wpadają po jeden konkretny tytuł jak po flaszkę do nocnego.

Nowe wcielenie Hansa Klossa wraca na ekrany, porucznik Borewicz jest wiecznie żywy, czy major Downar ma szansę zaistnieć w popkulturze?
Nie, to zawsze będzie nisza. Próby wznawiania kryminałów milicyjnych na bardziej masową skalę kończyły się klęską. To gatunek dla koneserów.

Polityka 14.2012 (2853) z dnia 04.04.2012; Coś z życia; s. 109
Oryginalny tytuł tekstu: „Zapomniany świat majora Downara”