Stanisław Mierzański „Kim jesteś Czarny” – Trzecia seta 69

  • Autor: Mierzański Stanisław
  • Tytuł: Kim jesteś Czarny
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1963
  • Nakład: 20000
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki
  • Broń tej serii: Trzecia seta

CZUŁA INWIGILACJA PANI PORUCZNIK

Rzucając się w wir lektury „Kim jesteś Czarny” byłem pełen niepokoju. Wiedziałem już bowiem, że za widniejącym na okładce nazwiskiem  – Stanisław Mierzański – kryje się spółka autorska – Anna Kłodzińska i L. Kwiatowski. Nie wiedziałem natomiast ile w tej książce będzie Kłodzińskiej a ile Kwiatkowskiego. Po lekturze ochłonąłem. Wsad Kłodzińskiej wydaje się być dużo większy. Widać to już na początku, gdy dowiadujemy się, że major Wichurowski z kontrwywiadu zostaje rzucony z Warszawy aż na Śląsk, by wyniuchać i przygwoździć szpiegowską siatkę usilnie próbującą pozyskać wiedzę o  najnowszych technikach produkcji w hutach cynku.
Książka „Kim jesteś Czarny” ukazała się w serii Labirynt w roku 1963, ale nieco wcześniej była publikowana w prasie w odcinkach. Autorka była właśnie na etapie fabularnej rewolucji – przechodziła od skromnych intryg amatorskich do opisu zakrojonych na szeroką skalę szpiegowskich knowań. Pamiętajmy, że miała już na koncie postać porucznika Szczęsnego i jego dokonania w tak istotnych dla gatunku milicyjnego powieściach, jak „Śledztwo prowadzi porucznik Szczęsny” czy „Srebrzysta śmierć”. Na tym tle „Kim jesteś Czarny” jawi jak się jako próba szukania nowych horyzontów.
Major Wichurski jest tu zresztą tylko jednym z trybków wielkiej kontrwywiadowczej machiny. Pomaga mu bowiem cały sztab poruczników i zawodowców niższych szarż. Jest także porucznik Ewa, która posłużyła autorce do naszkicowania lekkiego wątku lirycznego, w którym zależność służbowa gładko przekłada się na afekt.
Fabuła „Kim jest Czarny” przebiega zgodnie z jednym z żelaznych schematów milicyjniaka, a mianowicie „ślad prowadzi w przeszłość”, oczywiście w wariancie okupacyjnym (tytułowy negatywny bohater powraca po ucieczce do Niemiec ze szpiegowską misją). Daje to możliwość wprowadzenia wspomnień kilku postaci oraz poprowadzenia śmiałych scen batalistycznych na Lubelszczyźnie. Do tego stopnia śmiałych, że w pewnym momencie nie wiadomo, gdzie atakują Niemcy gdzie AK, gdzie BCh, a gdzie AL. Wszakże oddziały tych rozmaitych formacji spotykają się na małym terenie przy mitycznej Starej Leśniczówce. Są tu też jacyś „chłopcy z lasu” czy jak kto woli „leśni”, czy też jakieś bliżej nie sprecyzowane „bandy”. W pierwszej chwili wydaje się nawet, że działają one na własną rękę. Doprawdy ciężko się połapać. Do tego stopnia, że nawet jeden z uczestników aukcji powiada: ”Wtedy zgłupieliśmy. Co robić? Niemcy? To było absolutne zaskoczenie. Nie wiedzieliśmy kto do kogo strzela i skąd się wzięli Niemcy” (str. 90)
Rzeczywistość dookolna
Nie zapominajmy, że poza popędzaniem akcji Kłodzińska zajmuje się także bacznym obserwowaniem rzeczywistości i z obserwacji tej sufluje (modne ostatnio słowo) czytelnikowi dość ponure wyimki. Mamy tu między innymi opryskliwego niczym w czarnym kryminale przedstawiciela branży recepcjonistów hotelowych z Radomska: „-Przecież mówiłem panu że nie ma, rzekł portier z lekkim zniecierpliwieniem, po czym dostrzegł wysunięty w jego kierunku banknot i dodał pospiesznie: – Chyba, że zgodziłby się pan na pierwsze piętro” (str. 66) oraz brutalnie chamskiego kelnera z gospody w Brzesku, gdzie oficerowie kontrwywiadu wstępują niejako przymusowo, gdyż psuje się samochód: – Piwa nie ma. Może być żytnia, czysta albo wyborowa. – Nie chcemy wódki – wtrącił Wichurski. – Jeżeli nie ma piwa, to proszę podać nam herbatę, czy kawę. – Nie ma kawy. Może być żołądkowa albo angielska gorzka.” (str. 77). I dalej: „- Nie widzi pan, że cały czas latam jak kot z pęcherzem? Jak będzie czas to się poda (str. 79). Widać zatem wyraźnie krytyczny stosunek autorów do przedstawicieli różnych zawodów. Frontalnej krytyce zostają poddane nawet papierosy „Grunwald” – „Takie siano. I gryzie i zaciągnąć się nie można przyzwoicie” (str. 12).  Całe szczęście ten pełen degrengolady obraz jest łagodzony ukazywaniem poprzez promienie słonecznego blasku braci kontrwywiadowczej. To koi skołatane serce czytelnika. Mężczyźni z kontrwywiadu są eleganccy i przystojni, a pani porucznik Ewa niemożebnie ręcz czuła i dlatego major Wichurski pcha ją na najbardziej odpowiedzialny odcinek:
„- Ewa zajmie się prawdopodobnie inwigilacją. To najczulsza  strona naszego zadania. I najtrudniejsza.”
Nikt za kołnierz nie wylewa
No ale nie wszyscy są tacy. Jeżeli się dokładniej rozejrzymy po postaciach pobocznych i epizodycznych to stwierdzimy, że główną cechą większości z nich jest niewylewanie za kołnierz:
1.    O jadącym pociągiem kierowniku z huty: „Bystrzejszy obserwator dostrzegłby, że nie obyło się bez wzmocnienia  ducha i ciała kilkoma głębszymi”.
2.    O pracowniku, który nie stawił się w hucie na rannej zmianie: „Stary zachorował, bo się pewnie spił”
3.    O innym pracowniku huty, który wyjechał w Rzeszowszczyznę: „Pewnie się uchlał i zapomniał o bożym świecie. – Jak w marcu zginął w laboratorium spirytus etylowy, wszyscy mówili, że to Bekier”
4.    O sytuacji na posterunku w odległym powiecie: „O piątej rano pijany woźnica zamknięty w areszcie, zaczął walić pięściami do drzwi.
5.    O obywatelu, który przybył na posterunek by zgłosić, że znalazł nieboszczyka: „- Jaki nieboszczyk. Kocajda, chuchnijcie no! Piliście od samego rana?
6.    O dyrektorze handlowym z pewnej huty: „Straszny gaduła i babiarz, a poza tym lubi zajrzeć do kieliszka”.
7.    Z raportu o pewnym pracowniku: ”Jest niezłym fachowcem, do obecnej rzeczywistości ustosunkowanym zgoła pozytywnie, aczkolwiek lubi wypić przy niedzieli”
8.    O pewnym kierowniku: „władza uderzyła mu go głowy jak wódka”
9.    O pseudonimie partyzanta: „Porucznik „Koniak (nikt z nas nie umiał powiedzieć, skąd i dlaczego wybrał on sobie taki pseudonim)”

Natomiast odmawiać sobie alkoholu muszą szpiedzy  – „Lubił popić, ale bez przesady. Był ostrożny. I to ich wyróżnia w tłumie nieszpiegów.
Zjednoczone nadzieje hutnictwa
Szpiedzy tym razem upatrzyli sobie polskie huty cynku, a w szczególności hutę „Nadzieja” oraz hutę „Zjednoczenie”, w których to obiektach pracuje się nad tzw. „produkcją specjalną” oraz „asortymentami bardzo ważnymi dla przemysłu państwowego”. Niestety Czytelnik nie dowiaduje się bliżej o co chodzi. I bardzo dobrze. Chodzi przecież o produkcje tajną  i trzeba zachować czujność. W zamian mamy radosne fragmenty produkcyjne. Autorka wspomina o piecach muflowych, pracy szmelcera oraz o rafinacji cynku metodą „New Jersey”. Pasjonujące. I tu powieść milicyjna zbliża się do powieści produkcyjnej. Zresztą gdy się bliżej przyjrzeć, są to gatunki, wbrew pozorom pokrewne. Tam i tu chodzi bowiem o wykonanie pewnej roboty, a wróg zawsze bruździ i sabotuje. W końcu jednak udaje się dociągnąć do sukcesu, przy zaangażowaniu wszystkich sił i środków, po linii tematu.
Tu warto wspomnieć, że Anna Kłodzińska wykorzystuje wiedzę zdobytą wcześniej. Zanim bowiem popełniła pierwszy kryminał wydała w serii Biblioteka Przodowników Pracy broszurę: „Opowieść o Franciszku Kowolu” (to chyba debiut autorki, informacja pochodzi od niezrównanego Klubowicza Kornasia z Oddziału Kraków. Klubowicz Kornaś jest, jak dotąd, jedyną znaną mi osoba, która czytała ową legendarną broszurę, jako że egzemplarz posiada chyba tylko Jagiellonka. Boleję  nad tym, że Klubowiczki i Klubowicze z Warszawy są pozbawieni dostępu do tej książeczki). Pracownik jednej z hut nazywa się właśnie Kowol i wolno przypuszczać, że nazwisko to nie pojawiło się przypadkowo.
Po rozprawce o Kowolu Kłodzińka wydała inną broszurę – „Ziemia srebrzy się cynkiem”(1953), traktującą o produkcji cynku na przestrzeni wieków. Broszura cechowała się silnym wątkiem klasowym. Niestety i tego działa nie znam, choć kserokopia jest chyba nadal w rękach Sympatyka Bielickiego (Klubowicz Bielicki,  z niewiadomych powodów, zniknął z Klubu w sierpniu 2005 przenosząc się go grupy Sympatyków, po słynnym ogólnopolskim spotkaniu Mordu w Klubowiczki Lewandowskiej. Nie zdążył przekazać Klubowi wspomnianej książki)
Po robocie czas na afekt
Milicjant, a już tym bardziej pracownik kontrwywiadu, nie ma czasu na życie prywatne, a jeżeli już, to wrzuca je pomiędzy obowiązki służbowe, a dopiero po wykonaniu zadania wykonuje kilka szybkich ruchów w swoich osobistych sprawach. I właśnie dlatego porucznik Ewa i major Wichurski pozwalają sobie zapałać afektem dopiero po skończonej robocie. W tym celu spotykają się w warszawskiej kawiarni „Wilanowska” przy placu Trzech Krzyży. Ale i tu nie dane jest im w pełni oddać rozkoszom głębokich spojrzeń, gdyż napatacza się kolega z pracy. No ale czujemy, że jeżeli pani porucznik i pan major poradzili sobie ze szpiegiem, tytułowym „Czarmym”, doprowadzając go sądu, to i w prywatnych sprawach też jakoś sobie dadzą radę
Książkę czyta się bardzo dobrze, a pojawiające się czasem przydługie partie przydługie partyzanckie opowieści lub kontrwywiadowcze rozważania autorka wynagradza czytelnikowi w dwójnasób celnymi bonmotami,  np. marzeniem bufetowej :„Nie codziennie trafiał się jej taki ładny chłopiec, w dodatku inżynier”. W kobietach to jest  niepohamowana chuć.