Krystyn Ziemski „Siewcy śmierci” – Trzecia seta 100

  • Autor: Ziemski Krystyn
  • Tytuł: Siewcy śmierci
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1989
  • Nakład: 160000
  • Recenzent: Michał Lorek
  • Broń tej serii: Trzecia seta

MAŁŻEŃSTWO NIEWYPAŁEM, CZYLI OFUKNIĘTA ŻONA

Jakież wielkie było moje zaskoczenie, kiedy buszując w koszu ze starymi książkami na stoisku na dworcu w Krakowie w moje ręce wpadła powieść Krystyna Ziemskiego „Siewcy śmierci”.

Będąc w posiadaniu dziesięciu kryminałów tego pisarza oraz mając świadomość istnienia jeszcze czterech pozycji Ziemskiego byłem przekonany, że to całość twórczości tego autora….Tymczasem nie. Recenzowany przez mnie „labirynt” został wydany w 1989 roku i jest prawdopodobnie ostatnią książką tego popularnego pisarza powieści milicyjnych. A skoro Ziemski to oczywiście kapitan Andrzej Korcz i major Jerzy Bieżan.
I rzeczywiście na kartach powieści spotkamy się z tymi dwoma etatowymi bohaterami pisarza. Tym razem będą się oni zmagać z szajką producentów i przemytników kokainy. A wszystko rozpoczyna się od próby porwania samolotu służącego do spryskiwania lasów za pomocą, którego porywacze planowali przedostać się za granicę z zawrotną jak na owe, i jak na dzisiejsze czasy sumą blisko 100 tys. dolarów. Początkowo zarówno Bieżan, jak i Korcz będą prowadzić oddzielne śledztwa, ale z czasem ich drogi się zbiegną i wspólnie poprowadzą sprawę do niezbyt szczęśliwego dla przestępców końca. Wątków i zwrotów akcji podczas lektury jest kilka, co pozytywnie wpływa na chęć dalszego poznania losów bohaterów. W toku rozwoju wypadków prowadzone śledztwo przekroczy nawet granice PRL w postaci majora Bieżna, który uda się w służbową delegację do Szwecji.
No, ale „Siewcy śmierci” to oczywiście nie tylko śledztwo i dotyczące go fakty, to także fakty i wątki dotyczące pełniących swe obowiązki milicjantów. Krystyn Ziemski często eksploatuje zagadnienie związków oficerów MO w swych książkach i nie inaczej jest także w przypadku tego kryminału. A jak wiadomo nie jest z tym przeważnie najlepiej. Ofiarna służba, długie dni nieobecności, zachodni wywiad czyhający na nasze tajemnice, do tego spekulanci, no i jak tu mieć czas dla żony? „Rozwód – uważał, że to jedyne sensowne wyjście z kłopotliwej sytuacji. Małżeństwo, zawarte kilka lat temu z miłości, okazało się niewypałem.” – oto refleksja kapitana Korcza najlepiej ukazująca sedno sprawy, kiedy to jego małżonka coraz to mniej była wyrozumiała z powodu jego nieobecności w domu. Ale nie dziwmy się też samym partnerkom milicjantów… Bo czy można tolerować ciągłe napięcie wywołane pracą przekładające się na domowe awantury jak w przypadku kapitana Walickiego („-Nie zawracaj mi głowy swoimi sprawami. – ofuknął żonę, przy śniadaniu zaczęła mówić o domowych kłopotach – Mam dość swoich. Łeb mi już puchnie – krzyknął i wyszedł, trzaskając drzwiami.”). Przy okazji dowiadujemy się też, że małżeństwo z pracownikiem MO stanowiło rodzaj awansu społecznego („Nie dostrzegł wówczas, że dla niej ten związek oznacza awans społeczny, możliwość urządzenia się. Żona inspektora milicji to nie to, co barmanka w kawiarni…”). Z kolei major Bieżan zwykle kreowany przez pisarza w kolejnych powieściach na samotnika odnajduje swoje przeznaczenie w postaci Anny, koleżanki z czasów studiów. Miłość odżywa tak, że sam major siebie nie poznaje, a i inni są zaskoczeni. Sam Jerzy Bieżan zresztą często oddaje się refleksji, a to na przykład na temat pokolenia drugiej połowy lat 80 („Przestałem znać się na ludziach, czy też ludzie tak bardzo się zmienili, przychodzi refleksja. Inne pokolenie, inne kryteria wartości. Nadbudowa wyleciała za burtę, a bazy, okazało się nie było. Teraz wszystko zamyka się w sferze materialnego konkretu.”), a to na temat swojej pracy, kiedy to „…komuś z wyższych szczebli narażał, bo nie rzadko wezwany, by zreferował interesujące ich sprawy, pozwalał sobie na krytyczne uwagi pod adresem decydentów, ich wytycznych, metod.”. Ale jak sam trochę nieskromnie stwierdza „…był zbyt dobrym specjalistą, by z niego zrezygnowali.”. No, ale nawet samemu Bieżanowi zdarza się popełnić gafę, jak chociażby w czasie przesłuchania niejakiego Wojnara:

– Nie kręcili się tam grzybiarze?
– O tej porze roku nie ma w lesie grzybów. – Wojnar jakby z przyganą patrzy na profana.
– Nigdy nie lubiłem chodzić na grzyby – rzuca Bieżan wyjaśniająco.

Niestety, podczas kiedy w Komendzie Głównej pracują sami profesjonaliści, nieco gorzej jest na prowincji, co stwierdza kapitan Korcz obserwując swoich kolegów podczas oględzin –
„Nie bardzo wiedzą, jak się do tego zabrać. Co innego, gdyby chodziło o kradzież świni czy kury.”.
Niemniej interesujący wydaje się też wątek ujawnienia przemytu narkotyków, które zostały ukryte w specjalnie wydrążonych paletach eksportowanych do Szwecji („Wysyłać palety do Szwecji, też pomysł, zżyma się w duchu. Drzewa u nas brakuje, lasy giną, a ci z góry, miele w ustach przekleństwo, wszystko by sprzedali… Byle za zielone”). Otóż okazuje się, że brak zaangażowania w pracy oraz niedbalstwo mogą być również pożyteczne. Pracujący przy załadowaniu palet na wagony robotnicy doprowadzili do uszkodzenia towaru, przez co odkryli skrytki z kokainą. Jeśli chodzi o inne cytaty, to wyłowiłem z lektury jeszcze dwa:
„- Co ty tam wiesz, jak było za sanacji. Klejnoty rodzinne pod stołem nosiłeś.” – To na temat wspomnień z okresu międzywojennego oraz „W kącie, zgodnie z obowiązującym gabinetowym stylem, palma z żółknącymi liśćmi. Jak symbol naszych lasów, myśli Korcz…” – spostrzeżenie kapitana na temat wizyty u dyrektora naczelnego przedsiębiorstwa „Las”. Natomiast w jednym z rozdziałów znajdziemy odwołanie do słynnego serialu „07 zgłoś się”.
Porównując „Siewców śmierci” z pozostałymi książkami tego autora cieszy, że Krystyn Ziemski zrezygnował z charakterystycznych dla jego prozy nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności zwykle wprowadzających śledztwo na nowe tory. W przypadku tej powieści wszystkie wątki są spójne i logicznie połączone.
Zakładając, że „Siewcy śmierci” to ostatnia powieść Krystyna Ziemskiego, należy stwierdzić, iż autor kończy swoją przygodę z gatunkiem kryminału milicyjnego w wielkim stylu. Po lekturze 239 stron czytelnik ma wrażenie, że czas poświęcony na poznanie kulis przemytu kokainy nie był czasem straconym. Czego i wam życzę.