Jerzy Edigey „Strzały na rozstajnych drogach” – Trzecia seta 22

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Strzały na rozstajnych drogach
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1970
  • Nakład: 60280
  • Recenzent: Bartosz Brzózka
  • Broń tej serii: Trzecia seta

DLACZEGO PIŁ MARTINI SKORO WOLAŁ WYBOROWĄ?

Marcowy wieczór. Śnieg pada od rana i powoli zamienia się w brudną breję. „Dozorcy ani drgnęli. Było dla nich jasne, że do rana śnieg i tak się rozpuści, a woda spłynie do kanałów. Więc kto by się fatygował z oczyszczaniem ulic?”. Podejście ze wszech miar słuszne i do dziś stosowane.
W taki oto wieczór, inżynier Kowalski, wybrał się do Pałacu. Trochę nietypowego, bo Mostowskich, gdzie mieści się Komenda Stołeczna Milicji  Miasta Warszawy. Przyświecał mu bardzo konkretny cel – przyznanie się do napadu bandyckiego, w którym zginęły dwie osoby. „W Stołecznej Komendzie MO widzi się wiele przedziwnych rzeczy, ale i tam rzadko się zdarza, żeby jakiś bandyta dobrowolnie oddawał się w ręce sprawiedliwości”. Trafia przed oblicze majora Nowakowskiego i zaczyna swoją spowiedź.
Kowalski jest właścicielem warsztatu naprawy telewizorów, podobno jednego z lepszych w Warszawie. Pewnego dnia naprawia telewizor (marki Philipps za kilka tysięcy dolarów – albo taka droga podróbka albo za dużo literek „p”) w willi u pięknej klientki, Barbary Jerzmanowskiej. Dom jest bardzo okazały, boazeria z czerwonego cedru, marmurowe podłogi, puszyste dywany – mimo, że inżynier zarabiał bardzo dobrze, to jednak były to dla niego prawdziwe luksusy. Tak samo jak to, co pani domu zaproponowała do picia: whisky Ballantine, Black and White i Johnnie Walke, koniaki: Martell, Meukov i Hennessy. Co prawda Kowalski, jak większość Polaków, uważał czystą wyborową za najlepszy w świecie trunek, ale poprosił o Martini. Potem poznaje męża Barbary, Włodzimierza. Zostaje na kolacji i w ten sposób zaczyna się dla niego życie jak w pięknym śnie. Jerzmanowscy zaczynają zapraszać go na suto zakrapiane przyjęcia i do drogich restauracji, co Kowalskiemu imponuje, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że Włodzimierz to jakiś lepszy kombinator. Oczywiście Jerzmanowski uważał inaczej: „…gdybyśmy mieszkali na Zachodzie, a nie w tym dzikim kraju, nie tylko nie potrzebowałbym ukrywać się w cieniu, lecz, przeciwnie, cieszyłbym się powszechnym szacunkiem jako rzutki, obrotny handlowiec. Ale u nas, w tym grajdole? Przecież w piekle żaden diabeł nie potrzebuje pilnować polskiego kotła. Jeśli któryś z Polaków trochę się wychyli, inni go za nogi wciągają z powrotem.”
Bardzo szybko dochodzi do tego, co nieuniknione – inżynier zakochuje się w pięknej Barbarze, ta odwzajemnia uczucia, a gdy dowiaduje się o tym mąż, to, mimo że chce rozwodu, wcale nie jest załamany. Co więcej, willę i samochód chce zostawić żonie. Jemu wystarczy tylko trochę pieniędzy na dobry start – a że ostatnie inwestycje były nietrafione, to pieniądze trzeba było po prostu ukraść. Jerzmanowski już nawet miał plan, jak je zdobyć – napad na samochód przewożący wypłatę do jednej z fabryk. Inżynier widząc w tym szansę na zdobycie Barbary i utrzymanie jej statusu materialnego, nie oponował zbyt energicznie, a nawet sam wziął się za planowanie. Starał się przewidzieć wszelkie okoliczności i zdarzenia – gdzie najlepiej dokonać napadu, kiedy, jak najlepiej zatrzymać samochód z pieniędzmi bez wzbudzania podejrzeń, jaką drogą uciekać. Nawet pomyślał o przemalowaniu syreny, którą mieli użyć do ucieczki, na kolor czarny, ale tak, żeby można to było bardzo łatwo zmyć. Wydawało się, że wszystko będzie grać jak w zegarku.
Sprawy jednak się skomplikowały. Napad miał się odbyć bezkrwawo, jednak Kowalski z przerażeniem słyszy strzały, po czym do samochodu wpadają Barbara i ranny Jerzmanowski. Bez pieniędzy, za to z krzykiem na ustach, że chyba zabili dwie osoby, w tym milicjanta. Małżeństwo, bojąc się rozpoznania przez świadków napadu ucieka w Polskę, a inżynierowi Kowalskiemu świat wali się na głowę. Nie dość, że nie może być ze swoją ukochaną, bo ta z pewnością jest poszukiwana, to jeszcze ma ogromne wyrzuty sumienia, które w końcu doprowadzają go na milicję.
Zakończenie tej całej historii wywraca wszystko do góry nogami, chociaż dla uważnego i „doświadczonego kryminalnie” czytelnika nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Edigey za to zaskoczył na ostatniej stronie, ukazując siłę miłości – ale, żeby o tym się przekonać, trzeba sięgnąć po tę książkę.