Jan Litan „Agent z „E-Fall” – Trzecia seta 65

  • Autor: Litan Jan
  • Tytuł: Agent z „E-Fall”
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: seria Labirynt
  • Rok wydania: 1964
  • Nakład: 20000
  • Recenzent: Marek Ciaś
  • Broń tej serii: Trzecia seta

BICZ BOŻY NA SZPIEGÓW – CZĘŚĆ 2

Po Tajemnicy Nike(recenzja nr 58 w: Pierwsza Seta – przyp. red) pora na ponowne spotkanie z Janem Litanem i jego „Biczem bożym na szpiegów i odwetowców” czyli nieznanym z imienia kapitanem SB i jego współpracownikami.
W książce Agent z E-Fall tropią oni już tradycyjnie wysłanników zachodnioniemieckiego wywiadu, którzy chcą zawładnąć naszymi znakomitymi aczkolwiek ściśle strzeżonymi wynalazkami z dziedziny wojskowości. Tkają swą szpiegowską sieć wyjątkowo perfidnie, wciągając do współpracy łatwowierne osoby, które oczywiście płacą potem za to najwyższą cenę. Intryga jest zresztą dość schematyczna i typowa dla tego autora. Natomiast znacznie więcej jest w Agencie… realiów i smaczków z epoki środkowego Gomułki (akcja toczy się w 1962 roku) – na nich skupię się w recenzji.
Pierwszą ciekawostkę stanowi grupa cytatów dotyczących komunikacji miejskiej w Warszawie. Jako że jest to obszar moich zainteresować, pozwolę sobie je zamieścić i skomentować.
„—  A  więc,   towarzyszu  kapitanie,   dziś   około  godziny dziewiątej byłem na Pradze. Szedłem Zegrzyńską w stronę Ronda Waszyngtona i nagle zobaczyłem ją w miejscu, gdzie są nowe żółte bloki. Doszła do przystanku, chwilę obserwowała, czy nie jest śledzona i wsiadła do nadjeżdżającej   dwudziestkipiątki.   Nałożyłem    ciemne   okulary i — za nią! Wysiadła przy Nowym Świecie. Obejrzała się znowu i wsiadła w dziewiątkę. Ja, oczywiście, też. Na rogu Marszałkowskiej wyskoczyła i nie zważając na czerwone światło przebiegła ulicę. Ona biegiem, to i ja biegiem. Wskoczyła w czwórkę. A tu nasz kochany milicjant — Krzysztof skrzywił się komicznie — “Małgorzatę” przepuścił, a na widok mojej urodziwej persony…
—  Zagwizdał, co?
—  No tak… a poza tym doleciał do mnie i nim powiedziałem,  o co chodzi,  “Małgorzata” pojechała sobie spokojnie   w   kierunku   placu  Dzierżyńskiego.   Ja,   wściekły, złapałem taksówkę i za tramwajem! Dopędziłem go, gdy dojeżdżał do Królewskiej.” (s. 6-7)
Wymienione są tu trzy tramwaje: „25”, „9” i „4”. Dwa pierwsze do dziś jeżdżą Aleją Waszyngtona a trzeci Marszałkowską tyle, że już nie na Stalową a na Marymont. Wydawać by się mogło, że przebieg linii tramwajowych w Warszawie jest wyjątkowo stabilny – niestety jest to wrażenie błędne.
Około szóstej wsiadł do pierwszego wozu tramwaju dwadzieścia dwa. Ja wskoczyłem do drugiego, a kolega, za nim, do pierwszego. “Okularnik” wysiadł przy Powązkowskiej. Piechotą przeszedł Okopową. Na Świerczewskiego wsiadł w dziesiątkę. My za nim. Nie patrzał w naszą stronę. Wysiadł na rogu Chałubińskiego i Alei Jerozolimskich. Kupił papierosy, przeszedł na drugą stronę ulicy i wsiadł w trolejbus pięćdziesiąt sześć. Wysiadł na końcowym przystanku.
—  No i co dalej?
—    Spacerował po parku Dreszera. (s. 60)
Około  ósmej  wsiadł  w  czternastkę i  dojechał  do Rakowieckiej. Pieszo poszedł do Łazienek. Tam usiadł na ławce obok głównej alei w pobliżu słonecznego zegara. Siedział kilka minut, a potem przesiadł się na drugą ławkę. Około dziesiątej pojechał do domu. (s. 93)
Tym razem mamy tramwaj „22” do dziś kursujący Okopową (Wiatraczna – Huta), „10”, która jednak nie kursuje już dawną ul. Świerczewskiego, tylko Kasprzaka (Służewiec – Os. Górczewska) i „14”, obecnie nie istniejącą. Pamiętam jednak ten tramwaj, który kursował z Ochoty na Mokotów Filtrową, Nowowiejską i Marszałkowską. Pokrywa się to zresztą z informacjami z książki gdzie „Okularnik” przejechał odcinek (obecnie trzy przystanki) między Parkiem Dreszera a Rakowiecką. Występuje też w tym fragmencie zupełna osobliwość a mianowicie trolejbus „56”. Trolejbusy są już dziś zupełnie zapomniane i nawet większość osób nie zdaje sobie sprawy, że kursowały po centrum Warszawy w latach 1946 – 1973. Linia „56” została uruchomiona 21.01.1953 roku i rzeczywiście docierała z Miodowej do rogu Odyńca i Kazimierzowskiej. Brawo zatem dla autora za dokładność realiów. Po warszawskich trolejbusach mamy tylko pamiątkę w postaci określenia „pani w wieku trolejbusowym” tzn. po pięćdziesiątce jako że numery 51 – 59 zarezerwowano właśnie dla tego środka lokomocji.
Przystanek tramwajowy przy placu Dzierżyńskiegc w Warszawie. Obok grupka oczekujących pasażerów. Ze zgrzytem hamulców zatrzymuje się piętnastka. (s. 132)
Tu mamy tylko poczciwą „15” jeżdżącą do dzisiaj przez plac Bankowy (dawniej Dzierżyńskiego).
Kobieta po wyjściu ze szpitala spaceruje Marszałkowską i Alejami Jerozolimskimi. Odwiedza kawiarnię “Gong” Około ósmej wieczorem wsiada do tramwaju i jedzie do placu Dzierżyńskiego, tam przesiada się w trzydziestkę. Przed Dworcem Śródmieście wyskakuje w biegu i szybko schodzi w dół na perony. W tłumie wywiadowcy tracą ją z oczu. (s. 212)
Tramwaj linii „30” już od dawna nie kursuje i nie udało mi się ustalić, jak jeździł (zadanie dla innych Klubowiczów – może ktoś starszy pamięta). Z opisu wynika, że kursował Marszałkowską a więc przypuszczalnie z Żoliborza na Ochotę lub Mokotów.
W ostatnim fragmencie jest wymieniony lokal „Gong”. Nie jedyny to przybytek warszawskiej gastronomii odwiedzony przez szpiegów bądź ich tropicieli.
—  Czy wie pani, gdzie jest kawiarnia “Pod Kurantami”?
—  Niezupełnie.
—  Na rogu Wilczej   i Marszałkowskiej.
—  Dobrze,   róg  Wilczej   i  Marszałkowskiej   —  powtórzyła pani Stefania. (s.48)
O siedemnastej Wiersztot przeszedł wolnym krokiem przez Most Poniatowskiego i wszedł do „Złotej Rybki” na Nowym Świecie. (s. 107 – 108)
Zaproponowała mi bar kawowy „Milano” koło Ronda Waszyngtona, położony najbliżej jej mieszkania (s. 111)
Mamy zatem cztery lokale do ewentualnych spotkań klubowych (ciekawe, ile z nich jeszcze istnieje?).
Praca wywiadowcy jest niezwykle trudna. Niekiedy sprzysięgają się przeciwko niemu siły przyrody:
Może to wiewiórka dotknęła elektromagnetycznego „czujnika” – tłumaczy się wywiadowca – Nikogo nie zauważyłem (s. 85)
Innym razem może paść ofiarą zabawnego (ale nie w pracy operacyjnej) nieporozumienia:
—  A “Jacek”? Co z nim?
—  Myślałem, że to kryptonim szpiega. A w rzeczywistości… — przerwałem, wolałem na ten temat nie mówić.
—  No, śmiało — nalegał szef.
—  “Jacka” nie   ma i nie   było.  Jest   baszta “Jacek”., w Gdańsku. Skompromitowałem się, szefie…
—  No,    niezupełnie.    Przecież   koniec   wieńczy   dzieło a ten koniec nie jest taki najgorszy. W tym wypadku kamienny “Jacek” nie wpłynął na bieg sprawy. No, ale ca było z tą basztą?
—    Agenci wyznaczyli sobie tam spotkanie. Z samolotu wysłano siedemnastego depeszę i podano termin (s. 230 – 231)
Błąd na szczęście nie okazał się taki straszny. A często zdarzało się go popełnić także szpiegowi (inaczej by nie wpadł)
Co to za szpieg, który pozostawia mikroaparat i idzie się kapać? (s. 108)
Książka zawiera kilka ciekawych uwag na temat płci pięknej, oczywiście w kontekście pracy szpiegowskiej lub wywiadowczej:
Są różne zdania o celowości korzystania z pracy kobiet w wywiadzie. Prawdą jest, jak głosi przysłowie, że gdzie diabeł nie może, tam kobietę pośle. Kobieta potrafi wykorzystać swoją urodę, omotać. Wiele już osób wpadło w zastawione przez kobietę sidła. Wadą kobiet jest ich duża wrażliwość psychiczna (s. 227)

Pani  Genia  nie była  ładna.  Podłużna twarz,  dolna warga lekko wysunięta do przodj ostry podbródek. Iwarczakowa była od niej o wiele przystojniejsza.   Przyjaźń   wśród   kobiet   nawiązuje   się   przeważnie  na  tej   zasadzie:   brzydsze  lgną   do  ładniejszych, mających  powodzenie  u  mężczyzn.  Przystojniejsze natomiast wolą brzydsze, które nie są groźnymi rywalkami, a przydają się często jako parawanik.(s. 117)

Punktualność kobiety? Wiele już o tym napisano. Spóźnianie się leży w jej  naturze.(s. 48)

Drogi towarzyszu! Nie znacie kobiet. One są do wszystkiego zdolne – powiedział kierownik (s. 193)

Do  stolika  podeszła  kelnerka.  Zamówiłem  dwie  kawy   i ciastka.
—  Ma pan na to fundusze?
Wścibska kobieta — pomyślałem.  Wszystko ją  interesuje. I dobrze to, i źle.(s. 49)
Swoją drogą pytanie rzekomo wścibskiej kobiety wydało mi się interesujące. Czy rzeczywiście SB i MO miały jakieś fundusze reprezentacyjne, z których finansowano tego rodzaju wydatki? Ponieważ często dochodziło do spotkań w kawiarniach i restauracjach, mogłoby to wywołać duży uszczerbek w budżetach dzielnych funkcjonariuszy. W sprawach damskich jeszcze jeden cytat – tym razem z dziedziny mody:
Spece od śladów ustalili rodzaj obuwia osoby, która wyjęła materiały ze skrytki w parku łazienkowskim. Były  to nowe gdynki na płaskim obcasie, wzór 62, produkcji zakładów w Chełmku. Chełmek… Chełmek… Przypomniałem sobie. No tak,  “Małgorzata”  również nosiła gdynki. Byłem już pewny, że to ona, specjalistka od opróżniania skrytek.(s. 114)
Któż pamięta, co to były gdynki – obuwie, które pozwoliło na bezbłędną identyfikację kobiety – szpiega?
Na koniec trochę polityki:
—  Powtarza  się  tradycja.  Abwehra  przed  drugą  wojną — powiedział szef — czyniła to samo i w tych samych mniej więcej rejonach. Plan napaści na Polskę określono mianem “Fall-Weiss”, a ten obecny…
—  “E-Fall” — powiedzieliśmy prawie jednocześnie.
—  Tych  “Falli” w sztabie hitlerowskiego Wehrmachtu było sporo. I wiemy, czym się to skończyło.
—    Zdemaskowałeś więc agenta “E-Fall”, ale to jeszcze, mój drogi, nie koniec. Nasyłani są i będą inni agenci, ale my ich tak jak i tego… — szef zrobił wymowny gest ręką. (s. 231)
Tradycyjny odpór odwetowcom i podżegaczom został więc dany – żadni szpiedzy i tak nie mieli szans na terenie PRL.
—  Towarzyszu — powiedziałem  błagalnym głosem  — może złapią go w NRD. W Berlinie jest granica państwowa dobrze chroniona, to nie to, co przed rokiem. (s. 122)
Tu mamy z kolei aluzję do wybudowania w Berlinie muru w 1961 roku, co jak wiadomo faktycznie uszczelniło granicę.
Tym optymistycznym akcentem pozostaje zakończyć i przejść do lektury trzeciego Litana – w końcu obiecałem Prezesowi trzy recenzje.

PS. Korzystałem z informacji na stronie ztm.waw.pl