Henryk Kawka, Marian Strużyński „Nie wyłączajcie telefonu” – Trzecia seta 44

  • Autor: Kawka Henryk, Strużyński Marian
  • Tytuł: Nie wyłączajcie telefonu
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria: seria z Tukanem
  • Rok wydania: 1967
  • Nakład: 30281
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki
  • Broń tej serii: Trzecia seta

A JARZĘBIAK ZAWSZE POD RĘKĄ

Spółka autorska Henryk Kawka i Marian Strużyński zapisała się w annałach powieści milicyjnej jednym tylko i to bardzo chaotycznym kryminałem – „Nie wyłączajcie telefonu” (1967). Powieść ta jednak miała wyjątkowe szczęście, gdyż została sfilmowana.
„Hasło Korn” to debiut filmowy Waldemara Pogórskiego, nakręcony zaledwie rok po opublikowaniu książki. Tempo iście hollywoodzkie. Wróćmy jednak do książki. Wyjaśnię od razu, że tytułowe tajemnicze „korn” to hasło, które służyło członkom niemieckiej siatki szpiegowskiej do porozumiewania się. To po prostu osoby stanowiące kolejne ogniwa w łańcuchu agentów podczas przekazywania informacji tytułem uwiarygodniania się. Do mieszkania wchodzi dla przykładu obcy człowiek i mówi do nas: „Katarzyna obecnie rozpoczyna nalot” i już wiemy, że pierwsze litery poszczególnych słów układają się w jakże oczekiwane korn, a zatem przybysz to jest swój i można mu zaufać.
Akcja książki rozpoczyna się w ośrodku wywiadowczym nad Renem, gdzie szpiedzy oglądają na mapie polskie elektrownie i kopalnie, a ich zwierzchnik wyjaśnia, że Polacy produkują obecnie 45 miliardów kilowatogodzin rocznie. Znaczy, że rozwija się ten okropny socjalistyczny kraj i trzeba coś z tym zrobić. I zaczyna się. Na Śląsku. Najpierw napad na furgon z pieniędzmi, potem śmierć pewnego inżyniera. Polski kontrwywiad szybko łączy te wydawałoby się nie mające związku różne wydarzenia i depcze szpiegom po piętach. Szkoda tylko, że elementarnej logiki za grosz. Ot, tu major otrzymuje jakiś meldunek, ktoś odbiera podejrzaną depeszę na poste restante, z kolei czyjaś żona udaje się na milicję i okazuje się, że ma bardzo cenne dla kontrwywiadu informacje. W kontrwywiadzie zaś pracuje tak duża chmara oficerów i podoficerów, a ponadto każdy występuje w kilku postaciach, na potrzeby służby, że trudno się w ogóle zorientować, w czym rzecz. Oto kapitan Domanek przedzierzga się niczym Gustaw w Konrada, a potem jeszcze w kogoś trzeciego. Bo najpierw podaje się przed pewnym szpiegiem za agenta siatki, a potem, po czasowym unieszkodliwieniu tegoż szpiega, występuje jako właśnie ten szpieg przed jego domniemanym zwierzchnikiem. Gdyby tak jeszcze szczypta finezji, ale gdzie tam, wszystko chropawe jak blacha na zardzewiałym ciągniku Ursus. Szpiedzy także nie pozostają w tyle w maskowaniu się, skoro niejaki Skórski to vel Rejewski vel Kreiner.
Porzućmy zatem sensację i opisy nieudolnych prób paraliżu śląskich elektrowni na rzecz płci pięknej i alkoholu, czyli tego za co kocham powieści milicyjne. Bo całe szczęście tego w powieści nie brakuje i tylko dlatego można przy lekturze wytrwać.
Kobiety są chciwe i bezwzględne. Gdy niejaki Krzyżański zostaje chwilowo przymknięty za jakieś nieprawidłowości na zakładzie, to po powrocie słyszy od swej ślubnej ”Ty siedziałeś, a Rodyńska ma nowe futro”. Nic dziwnego, że po takim dictum musi wyciągnąć zabunkrowaną w regale butelkę jarzębiaku i sobie zdrowo pociągnąć. Potem tenże Krzyżański zostaje omotany przez ”kontakt” ponętną brunetkę Iwonę, co ma kontynuacje przy jarzębiaku w lokalu. Tym razem jednak chodzi o jarzębiak eksportowy, zachwalany przez kelnera. Kelner nawet przedkłada jarzębiak eksportowy nad starkę. Jarzębiak jest the best of the best, gdyż pojawia się jeszcze po raz trzeci i to w mieszkaniu majora, na krótkiej operatywce. Skłamałbym, gdybym przemilczał pochwałę pod adresem koniaku: „koniak to skondensowana prawda”- pada na str. 110, ale nie bardzo wiadomo czy można wierzyć, bo maksymę tę wypowiada szpieg.
Również nie może oprzeć się wdziękom niewieścim major Marczak, ale oficer kontrwywiadu musi mieć świadomość, gdzie powinien się zatrzymać, żeby nie sprzeniewierzyć się służbie. Czy można uśmiechnąć się poufale, czy też musnąć dłonią po szyi, a może rozpiąć pierwszy od góry guziczek bluzeczki? Oficer kontrwywiadu stoi przed nie lada wyzwaniem. Tym bardziej, że dziewczyna jest z tego rzadkiego gatunku: „Każdy mi to mówi, że wchodzę mężczyznom w krew” (str. 88, drugi wiersz od dołu). Tu już, co spieszę nadmienić, brunetka flirtuje z oficerem Zawadzkim. Mówi mu z grubsza to samo, co Wanda z „Bazy ludzi umarłych” – „Każdy obiecuje, prawi piękne słówka, a myśli o tym samym (o jakie to samo tu chodzi?), Ale ty jesteś inny. Prawda? Zabierzesz mnie do Warszawy?”.
Tak, oficerowie kontrwywiadu dużo ryzykują, ale to na chwałę przyszłego ustroju, czyli komunizmu, gdzie ślusarze będą mieć delikatne ręce, bo wówczas zatrze się różnica między pracą umysłową a fizyczną.
Na zakończenie rzut oka na okładkę – skrzyżowanie aparatu telefonicznego (nawiązanie do tytułu), z trupią główką (symbol faszyzmu, który teraz podnosi łeb). No, ale tytuł jest przypadkowy, podobne jak cała treść książki. Jeśli czytać, to tylko dla smaczków obyczajowych.