Danuta Frey „Broszka z zielonych kamieni” – Trzecia seta 26

  • Autor: Frey Danuta
  • Tytuł: Broszka z zielonych kamieni
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1979
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Małgorzata Krzyżaniak
  • Broń tej serii: Trzecia seta

KAŻDY PRYWACIARZ TO ZŁODZIEJ I PIJAK

Kryminały Chandlera kojarzą się z deszczem, prochowcem z podstawionym kołnierzem  i papierosem zapalanym zapałką, którą trzeba osłaniać dłonią przed deszczem. Nic bardziej mylnego. Akcja książek Chandlera najczęściej dzieje się w pełnym słońcu (bo rzadko pada w Kalifornii). A i tak zapamiętałam, że zawsze pada i mży.
W którejś recenzji z „Pierwszej sety” (chyba „Czy lubi pani UFO?”) przeczytałam zdanie, które mi się spodobało (i dość dobrze pokazuje moje wspomnienia) – PRL, a zwłaszcza epoka gierkowska kojarzy się ze słońcem, latem i ogólnym poczuciem szczęścia. Też mam takie odczucia (chyba wspólnota pokoleniowa), a kryminał „Broszka z zielonych kamieni” Danuty Frey wyłamuje mi się z tej konwencji. Jest brzydko. Ziąb, deszcz, ludzie okutani w płaszcze, z czerwonymi zmarzniętymi rękami. Świat jest ponury, bury i przaśny. Świat tzw. prywaciarzy – którzy, zamiast pracować uczciwie „na państwowym”, rozkręcają swoje mętne interesiki, na pewno niezgodne z prawem (bo każdy prywaciarz to złodziej). A prywatnej inicjatywy pani Frey nie lubi jak rzadko kto.
Mamy pana Zelmana, współwłaściciela nieźle prosperującej prywatnej firmy, wytłaczającej pocztówki dźwiękowe. Ma pieniądze, ale szczęścia mu nie dają – nie dogaduje się z drugą żoną, ani z jej synem z pierwszego małżeństwa, garsonierę (no, wynajmowaną kawalerkę w blokowisku, brzydko umeblowaną i niewygodną) współdzieli z większością znajomych. Żona nie jest już pierwszej świeżości, poza tym o siebie za bardzo nie dba („Zakręcone na lokówki włosy, ukryte pod ciemną ażurową siatką, wypuszczały tu i ówdzie rudawe pędy. W odrobinę wulgarnej twarzy, która kiedyś z pewnością musiała być ładna, z wiekiem jednak nabrała zwiotczałej obwisłości, mrugały niebieskie oczy, obramowane powiekami o nienaturalnie czarnych, sztywnych od tuszu, przykrótkich rzęsach”), nie dziwi więc, że naturalną koleją rzeczy dla pana Zelmana było zaopatrzenie się w kochankę – maturzystkę Ulę (nie był to oczywiście jego pierwszy krok z drogi małżeńskiej cnoty). Sielanka nie trwa długo, kochankę ktoś zamordował. Zważywszy na to, że w garsonierze bywało pół Warszawy – była kochanka Zelmana i jednocześnie żona jednego z dwóch współpracowników w firmie, piosenkarka Bożena Horn, wraz z aktualnym kochankiem czy drugi ze współpracowników, podstarzały satyr Giziński, który spotykał się z płatnymi kochankami z dala od domowych pieleszy. Okazuje się też, że potajemnie klucze podbierał pasierb Zelmana, żeby pokosztować zakazanej rozkoszy seksu przedmałżeńskiego ze swą dziewczyną Jolą. Sprzątająca czasem mieszkanie właścicielka podczas przesłuchania nie krępowała się z wyrażaniem swojego zgorszenia („Co ja się, proszę pana, nieraz nasprzątałam! A to włosy zbieraj z podłogi łazienki, wynoś butelki. A pościel! Żeby pan tylko widział, jak pościel po takich nocach wyglądała! Raz to go nawet wprost zapytałam, ale on jak się nie obruszy! Że wara mi niby od jego prywatnych spraw, że płaci w terminie i już mnie nic więcej nie powinno obchodzić”), ale pieniądz jest pieniądz. Zelman ułagodził panią Marcjannę prezentem w postaci broszki z zielonymi kamieniami i wzburzenie właścicielki zmalało.
Mały to światek, wszyscy sypiają ze wszystkimi, a z tego sypiania rodzi się zbrodnia. Oprócz zwłok (w ciągu powieści pojawiają się i następne) mamy tajemnicę – co zawiera tajemnicza teczka, kto kogo trzyma w ręku i czym szantażuje, co oznacza tytułowa broszka z zielonymi kamieniami (tak, właśnie taka, jaką w prezencie dostała pani Marcjanna). I oczywiście mamy przestępstwo gospodarcze (wytwórnia pocztówek dźwiękowych kradnie najnowsze szlagiery i hity z Polskiego Radia).
W porównaniu z prywaciarskim bagienkiem, milicja to ostoja moralności. Dzielny porucznik Marek Wanacki jest łagodnie zdegustowany zgnilizną moralną, na jaką trafia, analizując powiązania między związanymi ze sprawą ludźmi (łagodnie, bo w zasadzie porucznik nie posiada specjalnie uczuć czy emocji). Do sprawy dociera dwiema drogami – najpierw prosi go o pomoc znajoma z prosektorium,  oczywiście dawna, niespełniona miłość, której na przeszkodzie stanął wyjazd dziewczyny na roczne szkolenie za granicę (niestety, było to przed epoką emaili i takie związki się rozpadały, bo listy szły miesiącami, a telefonistki mówiły, że nie ma takiego miasta jak Londyn, jest Lądek, Lądek Zdrój). Elżbieta jest zaniepokojona problemami siostry najlepszej koleżanki, traf chciał – maturzystki Uli. Niestety, intuicja zawodzi przedstawiciela organów ścigania – dopóki nie zostaje odkryte ciało, lekceważy zaniepokojenie znajomej. Potem oczywiście sprawa staje się osobista (mimo iż jest żonaty, a z Elżbietą łączą go tylko wspomnienia) i za punkt honoru stawia sobie odkrycie świata zbrodni.
Ciekawie brzmią wrażenia gwiazdy polskiej estrady, pani Horn, na tournee w kapitalistycznej Austrii – oczywiście garderoba Polki, tak świetna i robiąca wrażenie w Sali Kongresowej, w zestawieniu z kreacjami na widowni wydaje się dość skromna.  Na zakupy w najlepszych butikach jej nie stać, szczęśliwie odkrywa sklepy, gdzie jest wprawdzie taniej, ale jeszcze wytwornie.
Autorka ma swoje prywatne fetysze – każdy ma lekko falujące włosy, a w niewietrzonych pokojach panuje zaduch i gorąco. Wszyscy palą jak smoki. Niestety, prowadzący śledztwo porucznik w zasadzie nie ma żadnych refleksji ani na temat ustroju, polityki czy pracy, nie ma nawet życia osobistego (choć ma żonę, wspomnianą mimochodem przy okazji wyjaśniania przeszłego uczucia do Elżbiety z prosektorium) – czy dzień, czy noc, czy pogoda, czy deszcz (a jakoś tak się składa, że przeważnie deszcz) podąża tropem przestępstwa. Raz tylko wspomniane jest, że na obolałe gardło łyka pastylkę akronu, a w pustawej lodówce znajduje pętko kiełbasy. Nawet po pobycie w szpitalu z gorączką i poranioną podczas pogoni za przestępcami ręką nie ma taryfy ulgowej – dalej śledzi i szuka.
Książka nie obfituje w zasadzie w żadne oceny czy warte wspomnienia cytaty – tło jest bardzo skrótowo naszkicowane, w zasadzie poza prowadzonym śledztwem nie dzieje się nic, w pracy milicjanci nie plotkują, nie pożyczają sobie „stówy” do pierwszego, jedynie wymieniają służbowe informacje.