Barbara Gordon „Gwiazdy na ziemi” – Trzecia seta 32

  • Autor: Gordon Barbara
  • Tytuł: Gwiazdy na ziemi
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1961
  • Nakład: 20250
  • Recenzent: Iza Desperak
  • Broń tej serii: Trzecia seta

JAK PORZUCIĆ ORDYNATORA

Urok powieści Barbary Gordon trudno jest poddać analizie, rozłożyć na czynniki pierwsze – zresztą po co? Choć Barbarę Gordon wymieniam jednym tchem w pierwszej piątce ulubionych autorów, to analiza jej twórczości nie należy do zadań łatwych i przyjemnych.
Lektura utworu „Gwiazdy na ziemi” pozwoliła mi jednak na sformułowanie dość eleganckiej hipotezy, wyjaśniającej jeden z elementów mechanizmu magnetycznego przyciągania do książek Barbary Gordon. Jedna z nich, „Ulica Bliska” stała się w pewnym momencie przedmiotem niemal sporu w łonie Klubu  Mord – w zbliżonym czasie została zrecenzowana przez dwie niezależne recenzentki, a i inni ostrzyli sobie na tę recenzję zęby. Niezrzeszeni w Klubie czytelnicy też wysoko cenią sobie tę opasłą książkę, dotyczy to także tych, którzy za kryminałami nie przepadają.
Podobnie jak „Ulica Bliska”, i zapewne wiele innych utworów Gordon, „Gwiazdy na ziemi” , to połączenie powieści psychologicznej z zagadką kryminalną – ale czy nie jest tak w przypadku wszystkich dobrych kryminałów?
Około dwie trzecie książki to wstęp dopiero do zagadki. Trup, jeśli się ściele, to na skutek wypadku komunikacyjnego, spowodowanego przez pijanego dróżnika – nawiasem introspekcja [pół]świadomości tegoż jest tak wiarygodna, jakby autorka nic innego nie robiła, tylko po pijaku szlaban podnosiła i opuszczała. Gdzieś w połowie narracji ktoś próbuje z rozmysłem zadać śmierć – ale chodzi o próbę samobójczą, zresztą niedoszła samobójczyni daje z tym sobie spokój. Dopiero dziesiąty z dwunastu rozdziałów przynosi to, czego czytelnik zwabiony jamnikiem na okładce pożąda – śmierć zadaną rozmyślnie, z całym kryminalnym sztafażem, za pomocą cyjanku…
Wraz z bohaterami akcji, których dość dobrze poznaliśmy – nawet prokurator, wezwany na miejsce przestępstwa, pojawił się dużo wcześniej na kartkach powieści – uczestniczymy w rozwiązaniu zagadki. Rozwiązanie jest trudne, i niemal jak strzelba z pierwszego aktu, która musi wystrzelić w ostatnim, poznany na samym początku marginalny niemal uczestnik opisywanych wydarzeń, pojawia się na poszlakowym procesie, i ujawnia informacje, bez których skazanoby niewinną.
Spragnionych szczegółów informuję, że rzecz dzieje się głownie w szpitalu, do którego docierają ofiary katastrofy kolejowo – autobusowej, spowodowanej przez pijanego dróżnika. Niedoszła samobójczyni odkłada cyjanek i spieszy ratować rannych. Wśród nich jest żona innego z lekarzy, której powrót do męża kładzie kres romansowi. Choć rannych wypadku w szpitalu jest kilkadziesiąt, to właśnie owa cudownie niemal ocalona od śmierci dzięki operacji przeprowadzonej przez związaną z małżonkiem niedoszłą samobójczynię, pada ofiarą cyjanku. A bohaterska lekarka zostaje oskarżona o morderstwo.
Obok tej wyjątkowo zawikłanej historii romansowo – kryminalnej, w szpitalu i miasteczku rozgrywają się inne, równie intymnie odmalowane dramaty innych bohaterów – w szpitalu umiera Michalina, żona elektryka, bynajmniej nie ofiara wypadku drogowego, ale pokątnej aborcji. Pielęgniarka porzuca dotychczasowego adoratora i ulega wdziękowi lekarza – zapominają się do tego stopnia, że opuszczają dyżur i idą sobie potańczyć. Wypadek pozwala im się zrehabilitować na polu zawodowym i osobistym. W zakładzie przemysłowym ściera się stare z nowym – o normy współzawodnictwa pracy (w tle pobrzękują cichutko tony literatury opiewających bohaterów odbudowujących kraj z ruin i zasiedlających odzyskane ziemie). Mieszkańcy – repatrianci mają autochtonów za podłych faszystów. Dla wszystkich wypadek jest katalizatorem, który przynosi poważne zmiany w życiu.
Rozwiązanie kryminalnej zagadki to nie pożegnanie czytelnika z bohaterką.. Oczyszczenie z zarzutów i wskazanie właściwego sprawcy nie sprawia, że życie cudownie wraca na stare tory. Opuścił ją w tych trudnych chwilach kochanek, oskarżyła własna córka, w jej niewinność nie wierzył niemal nikt. Uwolnienie od zarzutów jest początkiem nowej drogi, i to z założenia niełatwej. Lekarka zresztą czuje się winna, bowiem życzyła w duchu śmierci swej rywalce – więc ta nowa droga życia będzie prawdopodobnie nałożoną sobie samej pokutą.
Ta typowa dla Barbary Gordon psychologiczna głębia narracji jest jednym z elementów odpowiedzialnych za urok „gwiazd na dnie”. Kolejnym środkiem, który okrasza wątek kryminalny, jest niewątpliwa sympatia, którą darzy autorka stworzone przez siebie postacie. Nawet jeśli niektórzy z nich nie jawią się od początku jako super-hiper-sympatyczni, to w obliczu próby, jaką jest ratowanie ofiar wypadku, pokazują swoje prawdziwe oblicze. Taksówkarz nie tylko dowozi na miejsce wypadku zapominając o stanie licznika, ale i transportuje ofiary do szpitala. Lokalni pijaczkowie trzeźwieją i chronią dobytek ofiar katastrofy. Urzędująca na rogu ulicy dama pomaga w pralni i opiekuje się dziećmi uruchamiającego rentgen w szpitalu elektryka. Niewierna pielęgniarka zajmuje się troskliwie porzuconym dla lekarza narzeczonym, i to z nim połączy się węzłem małżeńskim, a poszukiwany listem gończym za bójkę z użyciem niebezpiecznego narzędzia, udaje się do szpitala oddać krew, narażając się na spotkanie z prokuratorem. Czy ktoś z nich mógłby się targnąć na życie rannej kobiety? Oczywiście, sprawcą jest jedyny bohater nie wzbudzający sympatii czytelnika, który w obliczu tragedii myśli tylko o sobie, nie uczestniczy w festiwalu ludzkiej solidarności.
Mam nadzieję, że ta informacja nie zepsuje lektury, i nie odsłoni zbyt łatwo tożsamości sprawcy, bo tak naprawdę tych, którzy się nie sprawdzili w obliczu próby, jest tu więcej. Maski opadają w ostatniej części książki, i obok suspensu kryminalnego czytelnik z wypiekami na twarzy śledzi ten proces. A właściwie to chyba czytelniczka, bo kolejną obok psychologizmu i wiary w człowieka cechą twórczości Barbary Gordon jest przesycenie jej książek pierwiastkiem kobiecej mądrości. Pewnie dlatego większość znanych mi miłośników tej autorki to miłośniczki. Ale, panowie, gwarantuję, nie jest to towar literacki „tylko dla pań”.