Andrzej Piwowarczyk „Otwarte okno” – Trzecia seta 77

  • Autor: Piwowarczyk Andrzej
  • Tytuł: Otwarte okno
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria:
  • Rok wydania: 1961
  • Nakład:
  • Recenzent: Anna Lewandowska
  • Broń tej serii: Trzecia seta

LINK Recenzja Anny Raczyckiej
LINK Recenzja Grażyny Głogowskiej

KANCERA OFICERA

Znaczki pocztowe to są takie papierki, które nalepia się na list albo pocztówkę. Natomiast to, co filateliści trzymają w swoich klaserach, to są obiekty filatelistyczne. I właśnie takimi obiektami polecił kapitanowi Glebowi zainteresować się jego szef.
Rozkaz to rozkaz. Gleb rozejrzał się za bardziej obeznanymi z tematem kolegami, żeby zaczerpnąć od nich trochę wiedzy. A wiedza owa była mu bardzo potrzebna, bowiem szef powierzył mu trudne zadanie: otóż w Dzielnicy Zachodniej (możemy domniemywać, że chodzi o Żoliborz, bo znajduje się tam plac Komuny) zamordowano znanego filatelistę. Prawdopodobnie zbrodni dokonano na tle rabunkowym – w mieszkaniu denata było mnóstwo klaserów z bardzo cenną zawartością, z której część zginęła.
Nieboszczyk został przeniesiony na tamten świat za pomocą iniekcji. Zamiast lekarstwa wstrzyknięto mu truciznę, zrobił to prawdopodobnie człowiek, który odwiedził zmarłego w jego gabinecie, podając się za lekarza. Zwłoki znalazła żona. Przybyła na miejsce ekipa śledcza dokonała rutynowych czynności, zabrała nieboszczyka, zamknęła i starannie opieczętowała drzwi do gabinetu, i udała się do Zakładu Medycyny Sądowej wykonywać dalsze badania. Niestety, dzielni milicjanci, którym przewodził doktor NP (prywatnie przyjaciel Gleba), zapomnieli, że oprócz drzwi gabinet posiada również okno, które należałoby zamknąć równie starannie, odcinając złodziejowi drogę do cennych zbiorów.
Okna nie zamknięto i złodziej z tego skwapliwie skorzystał, a raczej korzystał przez kilka dni, przeglądając klasery i wydłubując z nich co cenniejsze okazy. Trochę mnie to zdziwiło, bo gdybym ja kradła znaczki, to zabrałabym klasery i przejrzała je w jakimś ustronnym miejscu. Ale autor logicznie wytłumaczył: w takich klaserach są rzeczy wartościowe i mniej cenne. Nie ma potrzeby dźwigać ciężkich ksiąg, skoro milicja postarała się zapewnić złodziejowi komfort pracy. Mógł wybrać to, co najcenniejsze, wsadzić do kieszeni i nieobciążony zbędnym balastem udać się do domu.
Kiedy prawda wyszła na jaw, doktor NP, najwyraźniej zły duch Gleba, wpadł na pomysł zastawienia pułapki: otóż Gleb miał się zaczaić w gabinecie denata, a jak zjawi się złodziej, obezwładnić go i aresztować. Złodziej znowu okazał się sprytniejszy, zaczaił się wcześniej, Gleb dostał po łbie klaserem z metalowymi okuciami i omal nie przypłacił życiem „dobrych rad” swojego przyjaciela.
Gdy nasz dzielny kapitan trochę wydobrzał, zaczął się wgryzać w znaczki. Coś tam pamiętał z młodości, uzupełnił wiedzę wertując różne katalogi i wykazy, zaczął uczęszczać na spotkania Związku Filatelistów, nie dość tego, zabrał tam również swoją mamę, która nie oparła się czarowi kolorowych papierków, i zaniedbując swój ukochany ogródek zaczęła kolekcjonować znaczki z kwiatami.
Prawdę mówiąc nadmiar informacji o znaczkach znudził mnie trochę. Wiem o nich niewiele, tyle co z trzech książek Chmielewskiej, i jak dotąd ta wiedza mi zupełnie wystarczała. A tu autor rozwodzi się szeroko na temat poszczególnych obiektów filatelistycznych. I w dodatku okazało się, że mój egzemplarz „Otwartego okna”, nabyty w antykwariacie, należał przedtem prawdopodobnie do jakiegoś kandydata na filatelistę, który popodkreślał obszerne fragmenty, a niektóre informacje o znaczkach przepisał ołówkiem na marginesach książki.
Andrzej Piwowarczyk, niewątpliwie znawca tematu, nie jest chyba najlepszego zdania o filatelistach i zbieraczach w ogóle. Stara się podkreślić, jak szkodliwa może być mania zbieractwa. Nieboszczyk zginął dlatego, że zbierał. A zbierał niemal przez całe życie. Żył bardzo skromnie, bo większość funduszy przeznaczał na zakup znaczków. Ożenił się z panienką pracującą na poczcie, by mieć łatwiejszy dostęp do nowości. Przez długie lata wspólnego życia małżonkowie oszczędzali na wszystkim, by powiększać swoje zbiory. Po śmierci męża wdowa twierdziła, że ostatnio nie prowadził on żadnych interesów, nie kupował, nie wymieniał. Przeczyły temu dowody. Takie hobby to nałóg, człowiek ostatnią koszulę by sprzedał, żeby nabyć brakujący okaz. Sporo na ten temat mogą powiedzieć niektórzy nasi Klubowicze, którzy wprawdzie nie zbierają znaczków, a rzadkie arcydzieła literatury kryminalnej, płacąc za nie mocno wyśrubowane ceny.