Andrzej Piwowarczyk „Królewna?!” – Trzecia seta 76

  • Autor: Piwowarczyk Andrzej
  • Tytuł: Królewna?!
  • Wydawnictwo: MON
  • Seria: Przedlabirynt
  • Rok wydania: 1956
  • Nakład: 50000
  • Recenzent: Piotr Głogowski
  • Broń tej serii: Trzecia seta

AŻEBY DORWAĆ KRÓLEWNĘ, A DALEJ TO WIADOMO

Czytaliście kiedyś kryminał w pracy? Wspaniała zabawa – jednym okiem czytamy, drugim rozglądamy się za szefem i kolegami, którzy mogliby nas zakapować. Jeśli mamy przed nosem „odpalony” komputer, możemy od razu pisać recenzję, udając, że pracujemy akurat nad bardzo ważnym (strategicznym!) dla rozwoju firmy dokumentem.

W zasadzie nie będzie to recenzja, ale coś w rodzaju relacji na żywo. Recenzja zakłada bowiem całościowe ogarnięcie dzieła po jego przeczytaniu, my tymczasem w zależności od sytuacji, z rozdziału na rozdział przeżywamy wspólnie z bohaterami ich pasjonujące przygody.
A zatem, zapraszam na relację z powieści Andrzeja Piwowarczyka, Królewna?! Dla niepoznaki na książkę zakładam kolorową okładkę z gazety, żeby nikt postronny, a tym bardziej szef, nie zobaczył, co czytam. Oryginalna okładka jest szara i nieciekawa, w końcu książka była wydana w odległych latach (1956), w dodatku przez MON.
I Rozdział. Zaczyna się sielankowo – maj, ciepły wieczór, lampka wina. Taki miły początek zapowiada późniejszą jatkę, więc już się w duchu cieszę. Autor ma dziwną manierę – nadużywa słów: ażeby, ażebyście, może to zresztą taki dawny urok polskiej mowy, z drugiej strony robi mi się przyjemnie, kiedy czytam w tekście tymczasem, zamiast panoszącego się dzisiaj w międzyczasie. Po chwili okazuje się, że narratorów jest dwóch, pierwszy to redaktor, a drugi to kapitan Gleb, który kuruje się po wypadku tramwajowym, ma dużo wolnego czasu i pijąc wino z redaktorem opowiada mu (i nam) historię o „Królewnie”. Zapowiada się nieco bajkowo, tajemniczo i pociągająco zarazem: głównym negatywnym bohaterem będzie babeczka-zbrodniarz! Palce lizać. Swoją drogą jak to jest, że facetów kręcą złe kobiety? Nieważne. Z akt milicyjnych, które referuje Gleb wynika, że pierwszy skok „Królewna” robi ze swoją ekipą na magazyn tekstylny w Bielsku. Technika jest prosta – w nocy podchodzi do stróża i prosi o szklankę wody, a kiedy ten się odwraca by nalać… wiadomo, co go spotyka. Zakładają mu worek na głowę, wiążą ręce i uprowadzają wraz ze zrabowanym towarem. No tak, za wcześnie pochwaliłem autora, na stronie 12 stoi jak wół zwrot: w międzyczasie! Szajka przestępców to zawodowcy – nie palą papierosów podczas akcji i wycierają klamki twardym gałganem. Milicja z Bielska musiała być w owych czasach bardzo słaba, bo po takim włamie natychmiast ściąga posiłki z Komendy Wojewódzkiej w Stalinogrodzie, czyli przemianowanych w 1953 roku Katowicach. Ci też są bezradni, wobec ogromu i zuchwałości przestępstwa, ale na szczęście pod Częstochową odnajduje się w przydrożnym lesie związany portier. Dzięki jego zeznaniom milicjanci wiedzą już kogo mają ścigać – złą kobietę! Pierwszy rozdział mimo, że początek wiele obiecywał, suchy i dość formalny, Gleb referuje milicyjne akta, a wino widać jakieś zwietrzałe było, bo opowiada bez polotu.
W robocie jak na razie cisza i względny spokój. Biorę się za rozdział II. Początek nudny jak „jedynka”, znowu natrafiam na ażebym. Milicjanci prowadzą dedukcję na poziomie dzisiejszych gimnazjalistów: przestępcy nie zabłądzili w nocy w Bielsku, więc musieli mieć tu swojego człowieka. Żenada. Autor obraża milicję, cenzor przysnął? Cytat: Podpułkownik wyprostował się, odwrócił na pięcie i trzasnął drzwiami tak, aż zabrzęczały wiszące na ścianie portrety. – powoduje, że zastanawiam się przez chwilę, co to za portrety mogły tam wisieć. Generalissimusa? Bieruta? Może jeszcze generała Świerczewskiego, albo zasłużonych ORMO-wców? Inne zdanie z tej samej strony też jest niezwykle frapujące: Hotele bielskie honorują na ogół przybyszów z Warszawy, toteż z uzyskaniem miejsca nie było kłopotów. Na ogół honorują, ale zdarza się, że nie. Pan kapitan jedzie w podróż służbową na drugi kraniec Polski, a nikt mu nie zarezerwował miejsca w hotelu? Dziwne. Dalej znowu nuda – kapitan ślęczy nad aktami w hotelowym pokoju (może boi się, że jak wyjdzie na miasto, to przestaną go honorować i wyrzucą za drzwi?). Znowu coś tam, coś tam ażeby. A żeby cię pogięło z tymi ażeby! Stróż podał rysopis podejrzanej, a raczej jej stroju – luksusowo ubrana, jakby jaka dama z Warszawy (u autora znowu wychodzi kompleks stolicy!), w czarnym płaszczu, w kapeluszu, z torebką i woalką. Na stronie 22 kapitan Gleb zamyślił się. Nieźle, śledztwo nabiera tempa – drżyjcie przestępcy! W końcu wychodzi jednak na miasto i wypytuje o różne rzeczy konduktorów tramwajowych i kioskarzy. Nikt już jednak o niczym nie pamięta. Przez kilka kolejnych stron bohater włóczy się po Bielsku i dalej rozmyśla. W końcu zgarnia z ulicy jakiegoś nieudacznie zakamuflowanego miejscowego milicjanta, zaprasza go do bufetu i wyciąga potrzebne informacje. Na mieście chodzą plotki, że „Królewna” jest piękna, cały lokalny element jest dumny, że babeczka zakpiła sobie ze stróżów prawa.
Rozdział kończy się tym, że redaktor zamawia drugą butelkę wina. Może opowieść kapitana, którego przestała już boleć zwichnięta noga, w końcu się rozkręci? Jak dotąd jest raczej mdława.
Czytam dalej. Eskapada do Bielska nie przyniosła żadnych rezultatów. Kolejny rozdział to wyjazd do Łodzi – „Królewna” znowu dała o sobie znać po kilkunastu miesiącach ciszy. Akcja nabiera tempa, język narracji powoli traci swoją sztywność, autor puszcza oko do czytelników wygłaszając tradycyjną dla powieści milicyjnej formułę, o charakterze pracy w tym fachu: Uznałem, że trzeba was rugnąć [sic!], ponieważ, jak wiadomo, służba w Komendzie Głównej nie ma nic wspólnego z literaturą. Kapitan podczas przymusowego postoju (milicyjne auto złapało gumę), tym razem segreguje myśli, paląc tak zwanego kumeta (chodzi o skręta). Jego wspomnienia znowu wracają do Bielska. Przy okazji retrospekcji zostajemy zaznajomieni z różnymi technikami przestępczymi, ale bez szczegółów (na wszelki wypadek?): Pruto na przykład kasy rakiem typu Szpicbródka, dokonywano podkopów sposobem Makówki, dobierano się do mieszkań podczas nieobecności właścicieli, stosując tak zwaną odeską metodę otwierania zamków. Autor chce nam chyba pokazać, że coś o przestępstwach jednak wie. Ale jego milicjanci to banda nieudaczników – skradzionej ciężarówki szukają tylko w okolicach Częstochowy, a ona odnajduje się w Piotrkowie. Łapie mnie pierwszy kryzys – zaczynam być powoli znużony „błyskotliwym” rozmyślaniem dzielnego kapitana, który chyba jako jedyny z całego personelu wstąpił do milicji po szkole średniej (a może nawet dopiero po studiach?). Na szczęście to już koniec rozdziału, będę mógł trochę odsapnąć i zrobić sobie herbatę. Pocieszające jest to, że od dłuższego czasu nie natrafiłem na żadne ażeby, a może po prostu przestałem zwracać już na to uwagę? Na koniec całkiem smakowity cytat: – No i jak smakuje wam mój tytoń? Delicje, co? – zagadnął podpułkownik oglądając z zainteresowaniem zagony jakiejś „indywidualnej” oziminy. Przez chwilę zastanawiam się, co autor miał na myśli – pojedyncze źdźbło rośliny, czy może to zagon był posiany w środku pola dajmy na to kartofli.
Następny rozdział, od razu na dzień dobry, wita mnie w pierwszym zdaniu wytęsknionym ażeby. Łódzki napad jest podobny do bielskiego, choć tym razem szajka popełniła więcej błędów, prawdopodobnie po to, żeby ułatwić pracę nieudacznikom z MO. Styl narratora drętwy jak wcześniej. Zdarzają się np. takie zdania: Operacja ta odbyła się w ciemności, ponieważ napastnicy zgasili światło. Co za porażający brak wyobraźni! Przecież nie trzebaż tyle wysiłku, by to samo zdanie brzmiało o wiele ciekawiej:  Ponieważ napastnicy chcieli, ażeby cała operacja odbyła się w ciemności, zgasili światło. Mój kryzys narasta, mam ochotę rzucić lekturę w kąt i wrócić do normalnej pracy. No, ale nie pękam. Na stronie 48 okazało się, że oprócz ażeby, autor lubi też aniżeli. Dalej jest kolejny ustęp z serii: tu ludzie są tacy, a w Warszawie śmacy. Dowiadujemy się nawet o fryzjerskiej wojnie warszawsko-łódzkiej: Tak zwana „końska moda” – fryzury z długimi ogonami, jak dowiedziałem się przy okazji – była właśnie „kontrakcją” mistrzów łódzkich na poczynania Gabriela i fryzjerów z MDM-u, którzy lansowali aktualnie typ a la Simone…No i jak milicja ma być skuteczna, skoro zajmuje się dyrdymałami? Pod koniec rozdziału pułkownik częstuje nas tak błyskotliwą uwagą, że zaczynam wątpić, czy w ogóle uda im się rozwiązać zagadkę: Bo mając towar, mielibyśmy tych, którzy go zrabowali. I odwrotnie, mając sprawców napadu – mielibyśmy towar. Tymczasem (…) nie mamy nic. W związku z powyższym milicjanci rozdzielają swoje siły, część szuka skradzionego barchanu, reszta „Królewny” i jej ludzi. Kapitan Gleb tymczasem idzie odwiedzić jakiegoś starego znajomego o ksywce „Gruby Kubuś”. Uff.
Po przeczytaniu rozdziału nr 5 doszedłem do wniosku, że bryndza to zaiste wspaniały, wykwintny i niebywale smakowity serek. „Gruby Kubuś” okazał się skruszonym złodziejem „odwróconym” przez naszego dzielnego kapitana. Ich relacja przypomina układ Piętaszek – Pan. W rozdziale obok dwóch ażeby pojawia się też nieomal, na które wcześniej nie zwróciłem chyba uwagi.
Rozdział 6 – raz nieomal, trzy razy ażeby. Dzięki informacjom od „Grubego Kubusia” kapitan wpada na nowy trop i śledztwo rusza z kopyta. Nareszcie! Jest też pierwszy trup – księgowy Królewny.
Kolejny rozdział – zaczyna być ciekawiej – Gleb ustal wraz z ekipą laboratorium, że Królewna to „kociak”. Łazi po mieście, przygląda się wszystkim młodym dziewczynom i seksistowsko je ocenia: żaden z kociaków siedzących przy sąsiednich stolikach „nie przypadł mi do gustu”. Następnie przesłuchuje kolejne „kociaki”, które rozprowadzały po mieście skradziony towar.
Następny rozdział (numer 8) to gratka dla miłośników miasta Łódź – milicja robi wielką akcję w Lasku Łagiewnickim. Nie znam się na technikach operacyjnych milicji w latach 50-tych, ale autor wykazał się sporą fantazją – oto w akcji przeciwko groźnej szajce złodziei udział biorą milicjanci z Łodzi i Warszawy wraz ze swoimi rodzinami – żonami i dziećmi. Taki niby kamuflaż – udają zwykłe rodziny wypoczywające na łonie natury. Na stronie 81 pojawiło się aż trzy razy ażeby. Powoli się przyzwyczajam. Ba, zaczyna mi się podobać ten styl autora.
Teraz to się czyta – fabuła toczy się wartko, aż miło. Nie ma się, do czego przyczepić! Kapitan Gleb namierza dzięki swojemu sprytowi melinę złodziei i odzyskuje towar. Królewna to sprytny „kociak” – towar był ukryty w mieszkaniu zapieczętowanym przez UB!
Rozdział 10 rozpoczyna się wprowadzeniem kolejnego poziomu narracji – majorowa opowiada historię Piotrusia. Brawo autor! Historia jest taka sobie, ale liczy się sama zabawa ze schematem szkatułkowym opowieści. Tempo narracji znakomicie oddaje cytat: Nieomal co kwadrans następowały nowe sensacje. Kolejnym narratorem szkatułkowym jest niejaki Ryba – zatrzymany podczas akcji paser. Opowiada on kapitanowi jak poznał Królewnę i jak razem z jej szajką dokonali włamu. Ryba sypie jak z nut. Zastanawiające jest to, że taka profesjonalistka, jak Królewna przyjmowała do swojej bandy takich mięczaków i kapusiów.
Następny rozdział wita nas perełką – kapitan podczas przesłuchania znowu zaczyna rozmyślać: Nawykły do faktów, zakotwiczonych w rzeczywistości, początkowo zachowywałem się spokojnie. Ryba dalej referuje szczegóły napaści na magazyn w Bielsku, a Gleb ogranicza się tylko do podawania mu od czasu do czasu szklanki z wodą. Kiedy zaczyna wiać nudą, a przesłuchanie dobiega końca, następują dwa nieoczekiwane zwroty w akcji. Od razu skacze adrenalina! Teraz czytam jak najęty, byle szybciej do końca! Ten i kolejny rozdział to nieomal pean na cześć nieudolności organów ścigania. I jak tu się dziwić, że bandyci robią milicję w konia, jak chcą – słowo daję, pyszna lektura!
Rozdział 13, milicjanci kombinują aż miło, jak tu się dobrać do bandy. Nasz łebski kapitan wpada na pomysł prowokacji – zatrudnia się w hurtowni tekstylnej jako konwojent. Choć to zakrawa na przesadę, są lata 50-te i bele materiału trzeba strzec jak oka w głowie przed zakusami złodziei. Obserwacje kapitana z nowej pracy są niezwykle pouczające: Kiedy upały dochodziły do trzydziestu stopni, ocierając pracowicie pot z czoła, dystrybutowaliśmy [sic!] z pasją tak zwane waciaki. Oto, bowiem sprytny magazynier wydawał klientom kreton tylko pod warunkiem zakupu waciaków. Gleb tak bardzo wtapia się w środowisko, że bierze nawet udział w licznych pijatykach z typami spod ciemnej gwiazdy. Po pewnym czasie – wyznaje kapitan – dostałem się wreszcie (…) w bardzo podejrzane towarzystwo: pomiędzy ludzi, dla których kradzież była chlebem powszednim, a oszustwo i „machlojka” cnotą. W opowieści Gleba czuć nawet sentyment za rolą, jaką przyszło mu odgrywać. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: Atmosfera w moim towarzystwie często urządzającym imieniny, urodziny, wesela i rocznice ślubów – pamięta, że kiedyś z braku innej okazji urządzono imieniny świętego… Kiziora – była jedyna w swoim rodzaju. Entuzjazmowano się wszystkim, co wykraczało poza dziesięć przykazań boskich, wszystkim, co skądinąd mogło wzbudzać zainteresowanie prokuratury. Skóra na człowieku cierpła. Kiedy w trakcie libacji dochodziło na przykład do konkursowych opowiadań na temat, co, gdzie, i ile kto ukradł. Jak widać powyżej, nasz kapitan odkrył uroki bycia wtyką. Na studiach może go o tym i uczyli, ale nie ma to, jak się praktycznie przekonać o wszystkim na własnej skórze.
Taktyka obrana przez Gleba przynosi znakomite rezultaty (jakżeby inaczej), banda Królewny zaczyna się nim interesować i werbuje go na kolejną „robotę”. Nasz kapitan w końcu dostępuje zaszczytu spotkania szefowej szajki i… O mój Boże! To niemożliwe! Całą akcję niweczą inni, niewtajemniczeni w działania kapitana milicjanci, którzy pozwalają zbiec Królewnie! Został ostatni rozdział powieści, więc chyba tylko cud może sprawić, że ta niezwykła przestępczyni zostanie schwytana. Przy takiej nieudolności MO! W dodatku kapitan Gleb został aresztowany! No nic, czytajmy dalej.
O żesz ty, w kółko golony! Ale numer! Milicjanci jednak zapali Królewnę, która…, nie, nie zdradzę, co i jak, to trzeba przeczytać samemu!

Minęło 15 minut – musiałem nieco ochłonąć. Powoli zbieram swoje graty i szykuję się do powrotu do domu. Dzień minął mi całkiem szybko. Ogólnie rzecz biorąc kryminał Piwowarczyka może zadowolić nawet wybrednych smakoszy, zwłaszcza jego druga, dynamiczniejsza połowa. Nie brak mu konceptu, ale warsztat raczej przeciętny. Jego przestępcy nie są szczególnie sprytni, czy profesjonalni, to raczej milicja jest nieudolna, działa jak pijane dzieci we mgle, całe szczęście, że ma w swoich szeregach kapitana Gleba! Na uwagę zasługuje również niemal całkowity brak wątków politycznych, tu i ówdzie pojawia się jakaś wzmianka o szpiegostwie, ale nie ma żadnego nachalnego chwalenia władzy ludowej. Brawo za odwagę! Ażeby tak wszyscy pisali…

Aneks:
Alkohole: wino Rizling, nalewka z wiśni hasztalskich, wódka czysta
Gazety: „Trybuna Ludu”, „Vogue”, „Panorama”
Knajpy: Warszawa – Krokodyl, U Fukiera, Polonia; Łódź – Savoy
Papierosy: Camel, Wczasowe,
Samochody: citroen, chevrolet, pobieda, delux (mający automatyczną przekładnię biegów!), skoda