- Autor: Żołnierowicz Tadeusz
- Tytuł: Śmierć u schyłku nocy / Gdy zapadnie ciemność
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą
- Rok wydania: 2017
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Szwagier in spe – porządny chłop (gbur, pijak, złodziej i tyran)
Niekwestionowanym ekspertem, a także sympatykiem i recenzentem książek Tadeusza Żołnierowicza w naszym Klubie jest Prezes Grzegorz. Recenzowana pozycja liczy 117 stron, z czego 62 przypadają na pierwsze opowiadanie. „Śmierć …” drukowana była w roku 1970, a „Gdy …” w roku 1971 – oba w „Dzienniku Wieczornym”.
Akcja pierwszego opowiadania toczy się w niezidentyfikowanych wsi i miasteczku, w drugiej połowie lat 60.
W pewnej wsi spłonęła chałupa. W zgliszczach znaleziono zwłoki gospodyni mieszkającego tam doktora. Zginęła nie od pożaru, ale w wyniku rozległych obrażeń czaszki spowodowanych uderzeniem tępym narzędziem. Nie wiadomo było co się stało z lekarzem. Podejrzewano, że pojechał na wezwanie do jakiegoś pacjenta w pobliskim miasteczku, jednak stamtąd nie wrócił. Jego zwłoki znaleziono w stawie pośrodku lasu, a przy nich małą, podręczną apteczkę potwierdzającą wersję o wyjeździe do chorego.
Kapitan Karasz stwierdził, że rozwikłania tajemnicy zbrodni należy szukać właśnie w miasteczku. Wkrótce przybył tam – jako szukający odpoczynku świeżo upieczony ekonomista – porucznik Altar. Wynajął on pokój w domku na peryferiach. Z uwagi na profesję denata, porucznik zainteresował się m.in. miejscową apteką. Z jej pracownicą umówił się na taneczny wieczór w gospodzie. Zabawa zakończyła się tak, że dziewczyna poproszona przez kogoś innego do tańca nie wróciła już do stolika, a szukający jej na zewnątrz Altar otrzymał z tyłu uderzenia, które pozbawiły go przytomności. Co gorsze, aptekarka nie wróciła ani do domu, ani do pracy. Jej zwłoki znaleziono po kilku dniach w sitowiu na obrzeżach miasta. Przełom w sprawie nastąpił, gdy do miasteczkowej komendy MO wpłynął krótki anonim.
PRL-ogizmy: samochody – „Żuk” (produkowany od roku 1959) i „Warszawa”, zespół „Trubadurzy” (debiutujący na festiwalu w Opolu w roku 1965).
Akcja drugiego opowiadania toczy się we Wrocławiu oraz w mieście odległym o 60 km od niego, w którym była komenda MO, a także lokale gastronomiczne: „Kaskada”, „Stokrotka” i „Polonia” (w tej odległości od Wrocławia leży Dzierżoniów, w którym była komenda powiatowa MO oraz hotel „Polonia” z restauracją i cukiernią, ale nie wiem, czy były tam dwa pozostałe lokale); nie potrafię niestety określić kiedy, gdyż brakuje w nim elementów zwanych przeze mnie peerelogizmami.
Na jednej z ulic znaleziono zwłoki mężczyzny, który zginął w wyniku ciosu zadanego nożem prosto w serce. Przy zwłokach znaleziono jedynie kluczyki od samochodu. Wkrótce odnaleziono ciężarówkę, w której były dokumenty denata. Po jakim czasie śmieciarze znaleźli należący do niego portfel. Śledztwo w tej sprawie prowadzili kapitan Sieniuć i porucznik Altar. Okazało się, że kierowca przyjeżdżał tu z Wrocławia do swojej dziewczyny. Ale czy wizyty te były jedynym powodem jego przyjazdów?
Jaki jest styl pisarski Tadeusza Żołnierowicza, czytelnicy kryminałów – nie tylko „Serii z Warszawą”, ale też „Ewa wzywa 07” i „Labiryntu” – powinni wiedzieć. W obu recenzowanych opowiadaniach nie ma żadnej finezji – ani w treści, ani w prowadzonych śledztwach, no może poza dwoma słowami i jednym wyrażeniem z „wyższej półki” użytymi w „Gdy zapadnie ciemność”: interlokutor (3 razy), in spe (2 razy) i fizjonomista (raz). Mamy tu sporo przaśności, trochę chaosu, niewiele rozmachu (jedynie pościg za ciężarówką). Nie wygląda to ani elegancko, ani ekstrawagancko. Ale jeśli zastosować się do wezwania „Patrzaj w serce” i skoncentrować się tylko na meritum, to za wyniki śledztwa w sprawie zabójstwa kierowcy, milicjantom należą się duże brawa. Mimo tej pozornej przeciętności, a nawet bylejakości, można po tę książkę sięgnąć. Ja przynajmniej tego kroku nie żałuję.
