Zeydler-Zborowski Zygmunt – Major Downar przechodzi na emeryturę 330/2025

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Major Downar przechodzi na emeryturę
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Klub Srebrnego Klucza
  • Rok wydania: 1984
  • Nakład: 100000
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Marzeny Pustułki

Major Stefan Downar przed chwilą zasilił szeregi mundurowych emerytów, po prostu „dosyć już miał zbrodni, trupów, sekcji zwłok, wielogodzinnych przesłuchań, telefonów w nocy”; teraz leci do Włoch na orbisowską wycieczkę, o której zawsze marzył – w końcu „nie co dzień awansuje się na emeryta. Trzeba to przecież jakoś uczcić”.

Mediolan Downara rozczarowuje, Wenecja oszałamia, ale prawdziwy zachwyt budzi w nim Florencja – „przez tyle lat absorbowały go wyłącznie przestępstwa i zbrodnie, że czasu nie stało, by sobie uświadomić istnienie innego świata, świata w którym króluje piękno”. Od początku jednak pojawiają się problemy: kierownik wycieczki dostaje anonim, że Edward Dobrzyński, jeden z jej uczestników, to bandzior, starsza pani nazywana „Babcią” często znika, pisze listy szyfrem i w torbie ma pistolet, a Stanisław Grodecki, kolejny uczestnik wycieczki, zostaje w Rzymie postrzelony w ramię. Po przylocie na Sycylię żona Grodeckiego znajduje w jego marynarce anonim, że mafia nigdy nie przebacza; w tej atmosferze Downar całkowicie traci wspaniały nastrój z początku wycieczki i wręcz tęskni za powrotem do Warszawy, tym bardziej, że jego incognito zdążyło prysnąć jak bańka mydlana.

A w Warszawie czeka Downara przykra niespodzianka: Edward Dobrzyński zostaje otruty grzybami w śmietanie, co jest o tyle podejrzane, że jadł je dzień wcześniej i nic mu nie było. Prowadzący śledztwo major Karol Walczak z błogosławieństwem pułkownika Leśniewskiego prosi o pomoc Downara, który początkowo jest wściekły, że bez oporu dał się zapędzić do roboty; po pewnym czasie stwierdza jednak, że będzie uczestniczył w sprawie jako prywatny detektyw („Perspektywa wystąpienia w roli Perry Masona czy Herculesa Poirot bawiła go. To coś zupełnie nowego”). Oficerowie sprawdzają rozmaite tropy, ale bezskutecznie; w końcu Walczak stwierdza: „Boję się, że będziemy mieli jeszcze jedno morderstwo” – i tak się faktycznie dzieje.

Skoro major Downar odchodzi na emeryturę, to mamy tu jego swoiste pożegnanie; co prawda za dwa lata zostaną jeszcze wydane „Jałowce jak cyprysy” ale zostały one napisane wcześniej, jeszcze w latach 70. Niestety, nie jest to Grande Finale, a co najwyżej pożegnalna uroczystość i wydaje mi się, że autor był już chyba pisaniem trochę zmęczony, bo treść sprawia wrażenie napisanej na siłę. Owszem, jest tu wszystko z czego ZZZ jest znany czyli malownicze postacie, błyskotliwe dialogi, gawędziarska narracja i niefrasobliwość intrygi ale chwilami czuje się, że to jest taka trochę sztuka dla sztuki. A już finał książki jest odrobinę kuriozalny: przypomina mi on serial „Trudne sprawy”, kiedy problemy bohaterów narastają lawinowo i w pewnym momencie dochodzi do cudownego rozwiązania wszystkich kłopotów. Można też kręcić nosem na pierwszą połowę książki, kiedy czytamy niemal przewodnik po Włoszech – ale może o to chodziło? może właśnie o to, że życie to nie tylko morderstwa, sekcje zwłok i przesłuchania, ale coś więcej? coś, co może oszołomić, zauroczyć i zachęcić do powrotu? w końcu Downar poleciał się tymi Włochami zachwycać, a że wyszło, jak wyszło…

Ale, co najbardziej godne uwagi, mamy tu dużo ciekawych spostrzeżeń i to dość ryzykownych; a trzeba wziąć pod uwagę, że powieść pierwotnie była drukowana w „Kurierze Polskim” w 1982 roku czyli w samym środku stanu wojennego – młodszych czytelników informuję: czyli w czasie, kiedy nikt nie chciał grać z przygotowującą się do mundialu España’82 piłkarską reprezentacją, bo ją bojkotowano jako przedstawicieli wojskowego reżimu; Stanisław Mikulski był wyklaskiwany w teatrach za poparcie junty, a milicja głównie zajmowała się rozganianiem solidarnościowych manifestacji. I oto jeden z bohaterów mówi: „Nic ciekawego nie ma teraz w tych gazetach. A i ten dziennik telewizyjny teraz diabła wart. Nie ma na co popatrzeć. Szkoda oczu” – no, no… szkoda oczu na oglądanie redaktora Tumanowicza w mundurze? Ciekawe… Dość dwuznaczna jest też teoria o Włochach, którzy „są nastawieni na to, że cudzoziemcy przyjeżdżają z pełnymi portfelami. Nauczyli ich tego przede wszystkim Amerykanie i Niemcy, z Niemiec Zachodnich oczywiście” – z jednej strony wygląda to na krytykę konsumpcjonizmu, ale z drugiej na to, że u turystów ze wschodnich Niemiec pełnych portfeli próżno szukać.

Ale najprawdziwszą perłą jest scena w której polska wycieczka wchodzi na Sycylii do restauracji i widzi szwedzki stół: przez bite trzy strony akcja skupia się wokół tego stołu („Dopiero zobaczy pan, co dadzą na obiad. Można się najeść za wszystkie czasy, tylko nie wolno wynosić”). Po prostu kulinarna orgia, niczym w „Wielkim żarciu”: „Przybysze z Polski byli tak oszołomieni tym zaopatrzeniem, że w pierwszej chwili nie wiedzieli, co brać. – Widzi pan, jaka wyżerka. To rozumiem. I bez żadnych ograniczeń. Może pan sobie dokładać, ile dusza zapragnie, a raczej ile się w żołądku zmieści” – no, nie oszukujmy się, kiedy w naszym kraju w całym Carrefourze był tylko ocet, to chyba nie ma się co dziwić, że wycieczkowicze „zdawali sobie sprawę z tego, że nieprędko będą mieli okazję zasiąść do takich smakołyków”; pytanie tylko, jak to się stało, że w 1982 roku cenzura przepuściła tak jawne szyderstwo? I nie uwierzę w teorię, że cenzorzy byli nieuważni – znana jest historia z „Dziennika Bałtyckiego”, kiedy wyłapano, że w recenzji płyty Amandy Lear pierwsze litery nowych akapitów układają się w hasło „Wrona skona”. A może w „Kurierze Polskim” drukowano wersję ocenzurowaną? Nie wiem, ale gdybym do tego dotarł, to nie omieszkam poinformować.

Mamy nawet lekką aluzję autora do samego siebie, kiedy Walczak mówi: „Wiesz co, Stefan? Ty masz talent literacki. Powinieneś się zabrać do pisania powieści. Tyle masz przecież wspaniałych materiałów. Dlaczego właściwie kto inny ma na tym zarabiać?”. Szkoda tylko, że ta książka bardziej nadaje się do wyłapywania takich perełek, bo sama intryga jest taka sobie. A może to właśnie te perełki są nadrzędnym celem celem tej książki? Może ZZZ wiedząc, że wysyła Downara na emeryturę postanowił tak pojechać po bandzie? To jest dopiero zagadka! I jeszcze mała dygresja: kiedy Downar wspominał swoje odejście, ja wspomniałem swoje pożegnanie z mundurem – miałem to samo: olbrzymia intensywność przeżyć, wzruszenia, uściski dłoni, pożegnalny bankiet – a po wszystkim wielkie odprężenie.