- Autor: Olbromski Mieczysław
- Tytuł: Czy morderca zdradzi się sam?
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (wolumin # 96)
- Rok wydania: 2017
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Prowincjonalna panienka żądna artystycznej kariery równią pochyłą sprowadzona na dno
Mieczysław Olbromski jest autorem kilku książek. Recenzowaną powieść drukowano w odcinkach w „Kurierze Polskim” w roku 1966. Książka liczy 122 strony.
Akcja toczy się we Wrocławiu, ale nie można określić kiedy.
„Nazywam się Jerzy Korab. Mieszkam we Wrocławiu. Od kilku lat zajmuję się sprawami kryminalnymi w „Głosie Wieczornym”. Dziś rano otrzymałem w redakcji tajemniczy list zawierający tylko dwa zdania: „Proszę przyjść po premierze „Groźnej Pani” na przyjęcie u dyrektora teatru. Morderca zdradzi się sam”.
Redaktor od razu domyślił się o jaką sprawę chodzi. Otóż dwa miesiące wcześniej początkująca gwiazda filmowa i teatralna – Ludmiła Gertner, zaraz po powrocie z wizyty u krewnych w Monachium, została zamordowana w swoim mieszkaniu poprzez pchnięcie nożem w okolice serca. W ten sam sposób, kilka lat wcześniej, zamordowano w Świdnicy jej matkę – Annę Gertner. Korab był pierwszy dziennikarzem na miejscu zbrodni i zamieścił obszerny reportaż odnośnie zabójstwa „Miłki”. Milicji nie udało się ustalić sprawcy tej zbrodni.
Jerzy wkręcił się na przyjęcie po premierze „Groźnej pani” w Teatrze Powszechnym (stosowano też w książce wyrażenia: teatr „Powszechny”). Organizował je dyrektor Karski. „Na przyjęciu tym było sporo podtatusiałych amantów i podstarzałych piękności oraz trzy czy cztery młode, ładne dziewczyny jakie zazwyczaj kręcą się przy aktorach i filmowcach”. Poza Karskim i jego żoną, balowali tam m.in.: twórca przedmiotowej sztuki – Białek, kierownik literacki teatru – Lachicki, odtwórca głównej roli męskiej – „Duduś” Królikowski, odtwórczyni głównej roli damskiej – Wiśniewska, wraz ze swoim chłopakiem – Gracjanem, i jej zastępczyni – Bartkiewicz, aktor Wielusz, aktorka – Puciata, autor scenografii – Kaliszan, fotoreporter z Agencji Filmowej – Walicki, jej eksmąż – reżyser filmowy Hogendorfer, były kochanek – Burchard, a także jej znajomy, zakochany w niej – nauczyciel Czyżyk wraz z małżonką.
Redakcyjny detektyw prowadził swoje dziennikarskie śledztwo standardowo i metodycznie, przepytując po kolei, czasem nie raz, uczestników przyjęcia. Ci jednak, choć dużo mówili, to jednak często używali niedopowiedzeń, unikając jednoznacznego wskazania osoby, która mogłaby być sprawcą zabójstwa. Wśród wymienianych możliwych motywów zbrodni były: zazdrość, zawiść, zemsta i pieniądze. Przełomowym momentem było odegranie na przyjęciu parodii „Groźnej pani”, natomiast wskazówką dla czytelnika, kto jest mordercą było pytanie – bez odpowiedzi – zadane jednej z osób, dlaczego nie zależy jej na odszukaniu przestępcy.
Trzeba przyznać, że pomysł na fabułę był całkiem niezły. Przed detektywem autor postawił trudne zadanie: nie mając żadnych wiadomości ani jakichkolwiek poszlak w ciągu jednej nocy wykryć sprawcę morderstwa. Zadanie to z góry skazane byłoby na porażkę, gdyby nie pomoc udzielona przez tajemniczych sprzymierzeńców. Trzeba też przyznać, że autor umiejętnie i bez retuszu przedstawił środowisko teatralno-filmowe, a także zarysował postacie. I właśnie to najbardziej mnie w tej książce zmęczyło. Większość towarzystwa to byli ludzie „ą” i „ę” – oczywiście w swoim mniemaniu, dla których podstawą egzystencji była kariera za wszelką cenę, rozgłos, aplauz, a także rozwiązłość, pijaństwo i plotkarstwo. Sposobem na załatwienie wszystkiego były pieniądze, znajomości oraz flirty i romanse. Niektórzy z nich, choć uważający się za mądrych, braki w inteligencji musieli zastępować pospolitym sprytem. Takie to, poza nielicznymi wyjątkami, było to towarzystwo. Nic, tylko dekadencja. To zupełnie nie moje klimaty. Natomiast literacko są to klimaty zbliżone do powieści Barbary Gordon pt. „Ćmy” z roku 1976, która też mnie zmęczyła.
Warto dodać, że we Wrocławiu nie wydawano dziennika „Głos Wieczorny”, ale od 1948 „Gazetę Wrocławską” i od 1967 roku, a więc rok po wydaniu recenzowanej powieści, „Wieczór Wrocławia”. Wśród wrocławskich teatrów próżno też szukać „Powszechnego”. Jest za to m.in. „Teatr Współczesny”, który nosi taką nazwę jednak od roku 1967 – wcześniej był to „Teatr Rozmaitości”.
PRL-ogizmy: Klub Prasy i Książki, ORMO.
