Noël Randon – Prezent, który kosztował śmierć 318/2025

  • Autor: Noël Randon
  • Tytuł: Prezent, który kosztował śmierć
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
  • Rok wydania: 1960
  • Nakład: 40253
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Recenzja Roberta Żebrowskiego

Powiedzieć, że powieść Noela Randona „Prezent który kosztował śmierć” jest dziełem pomysłowym, precyzyjnym i lakonicznym, to nic nie powiedzieć. Autor zaprezentował czytelnikowi inteligentną łamigłówkę osadzoną we francuskich dekoracjach i uczynił to nie gorzej niż Georges Simenon, którego wpływy tu widać.
Inspektor Randot (niski i grubawy niczym Herkules Poirot) prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa niejakiego Gerarda Doumica, przedstawiciela handlowego fabryki golarek oraz innych sprzętów, którego ciało znaleziono w kałuży krwi, w jego własnym mieszkaniu, w dodatku z dziurą od kuli w głowie. Ktoś strzelił do swej ofiary z bliskiej odległości, a zatem zapewne ktoś znany osobiście. Inspektor przesłuchuje kilka osób z otoczenia – służącą ,wdowę, zwierzchnika z pracy, najbliższych przyjaciół. Kręcimy się cały czas w zamkniętym kręgu kilku osób i choć nie jest to formalnie schemat wyspy, to czujemy, że mordercą jest ktoś z najbliższego otoczenia (żona Julia, pani Weronika Robert, jej mąż, Malhebre z firmy, major Poulin, służąca), Randot tu i tam daje czytelnikowi drobne sygnały, sugerując jednocześnie, że sam sięga głębiej i wie więcej, po czym ujawnia kolejne warianty i możliwości, snuje hipotezy, by potem je negować i dawać kolejne. A wszystko elegancko, zgrabnie, skrupulatnie. Po prostu umiejętnie pogrywa z czytelnikiem i jest to gra pełna pomysłów. Co na przykład znaczy sznurek pakowy znaleziony na miejscu zbrodni ? O co chodzi z futrem kryjącym się w tytule dzieła? Ma się wrażenie, że autor czyli Tadeusz Kwiatkowski, kryjący się za pseudonimem Randon ( inspektor to Randot, a zatem humorystyczne alter ego, podobnie jak u Joe Alexa) zadbał o każde słowo, które zostało tu starannie użyte i nie ma żadnego zbędnego. To rzadkie w powieści kryminalnej w ogóle, a w polskiej wręcz unikatowe. Oczywiście „Prezent który kosztował śmierć” napisany jest w konwencji kryminału pseudoanglosaskiego, ale to mu nic nie ujmuje. Tu zwróćmy uwagę na fakt, że w końcu lat 50. ubiegłego wieku wystartowało w tej konwencji trzech autorów: Maciej Słomczyński vel Joe Alex, Andrzej Szczypiorski vel Maurice S. Andrews oraz właśnie Tadeusz Kwiatkowski vel Noel Randon. A zatem powstała pewna polska szkoła kryminału anglosaskiego. Zresztą tytuł „Pod szlachetnym koniem”, grupujący w jednym tomie tych trzech panów, świadczy o tym, że łączenie ich w pewien nurt nie było przypadkowe. Szkoda tylko, że żaden z tych pisarzy nie kontynuował gatunku przez dziesięciolecia, poprzestając na kilku tylko utworach. Joe Alex napisał 9 kryminałów w tym duchu, Maurice S. Andrews 3, a Noel Randon 6. Tadeusz Kwiatkowski stworzył wszystkie swoje kryminały w ciągu ledwie kilku lat – między 1958 a 1962 rokiem i potem już do tej konwencji nie wracał, a wszak zmarł w roku 2007. No, ale był we ciągu tych dziesięcioleci ciągle aktywnym pisarzem, tylko zajmował się czymś 'poważniejszym” niż powieść kryminalna. Z wielką szkodą dla gatunku uważam.
Wróćmy jeszcze zatem do „Prezentu”.W kręgu podejrzanych jest między innymi major Poulin, przyjaciel ofiary, postać raczej nieciekawa, ale dająca powieści przednie dialogi:”Pan jest kawalerem? – Tak. Nigdy nie było mnie stać na żonę. Oczywiście zawdzięczam to naszej polityce płac” oraz drugi: „- Wie pan, że przy policji szybciej się myśli? Jest coś takiego w człowieku, że przed policją nawet niewinny czuje się trochę oskarżony i za wszelką cenę poda najdrobniejsze szczegóły, aby tylko oddalić od siebie jakiekolwiek podejrzenie”Randon jest też mistrzem opisu. Potrafi w kilku zdaniach ująć sedno sprawy: „W mrocznym mieszkaniu majora panował przysłowiowy nieład starokawalerski. Na stole obok resztek żywności walały się strzępy gazet, podarte skarpetki, jakieś połamane porcelanowe figurki i brudne talerze”. No cóż, jak myślę o własnym gospodarstwie to jednak trochę lepiej niż u pana majora.Mamy też zacne scenki obyczajowe: „-Już piłem, dziękuję. – Co to to nie. Proszę dwa czerwone! – i kiedy kelner się oddalił nieznajomy pokiwał głową z ubolewaniem – co też pan wyrabia? Komu zaszkodziło kiedykolwiek francuskie wino?” Wspomina się także o koniakach, oczywiście francuskich, a nie gruzińskich, od których roi się przecież w powieści milicyjnej. Natomiast wspominanie o wolności osobistej obywatela we Francji jest raczej ukrytą aluzją do codzienności PRLu. Tak więc, wbrew pozorom, czytać można ten kryminał w różny sposób i to jego dodatkowa zaleta. W pełni zgadzam się konkluzją wcześniejszej recenzji (349/2023) Klubowicza Roberta Żebrowskiego, który nie może się nachwalić książki. Zrozumiała jest także atencja Klubowiczki Marzeny Pustułki dla Randona , np. (66/2010). Co ciekawe, „Prezent który kosztował śmierć” jest jedynym kryminałem Kwiatkowskiego, który nie został nigdy wznowiony. Dysponujemy jedynie wydaniem z z 1960 roku. Całe szczęście czterdziestotysięczny nakład umożliwia cały czas dostęp do tego tytułu.