- Autor: Koźniewski Kazimierz
- Tytuł: Wężowe studnie. Zakład leczniczy ojców bonifratrów
- Wydawnictwo: Książka i Wiedza
- Rok wydania: 1950
- Nakład: 25500
- Recenzent: Robert Żebrowski

Żmijowy język, czyli bezczelne łgarstwa agenta „33”
„Wężowe studnie” dla Kazimierza K. to tak jak „Opowieść o Henryku Kowolu” dla Anny Kłodzińskiej, „Targ w Benevento” dla Zygmunta Zeydler-Zborowskiego, „Za ladą” dla Wandy Falkowskiej, „Walka o bawełnę” dla Mariana Bielickiego, „Z dziennika podróży do Związku Radzieckiego” dla Jacka Wołowskiego, „Węgiel” dla Aleksandra Ścibor-Rylskiego, czy „Porównaj” dla Laryssy Mitzner (czyli Barbary Gordon). Wszystkie te książki to „wstępniaki”, czyli furtki, drzwi i bramy do dalszej kariery naszych peerelowskich „kryminalistów”.
To ich angaż w dzieło budowy Polski Ludowej, pakt z wyznawcami jedynej, słusznej drogi, taki publiczny cyrograf podpisany z komunistami. Byli też tacy autorzy, którzy zamiast „wstępniaka” pisali zobowiązanie do współpracy z UB – albo potem SB – dzięki czemu mogli już spokojnie oddać się pisarstwu książek (nie tylko „milicyjniaków”) i artykułów do gazet, a także sporządzaniu donosów (nie tylko na literatów). Ale to temat na inną i dłuższą opowieść. O autorze tego reportażu możecie poczytać na stronie internetowej:
https://www.wprost.pl/tygodnik/91313/konfident-z-wyboru.html
Recenzowana pozycja liczy 46 stron, a jej cena okładkowa to 45 zł. Jest to „dziennikarskie sprawozdanie z czterodniowego procesu sądowego”, który odbył się we Wrocławiu w styczniu 1950 roku. Artykuł Koźniewskiego na ten temat ukazał się w tygodniku „Przekrój” nr 252 (06/1950).
Zakonnicy – bonifratrzy przybyli do Namysłowa z Krakowa w roku 1947 [de fato – w roku 1945 i nie przybyli, a powrócili do swojej własności]. Byli to – oczywiście wg autora – volksdeutsche, konfidenci gestapo i poplecznicy III Rzeszy. Założyli oni tam zakład leczniczy dla nieletnich epileptyków i chorych umysłowo. Pacjentami było siedemdziesięciu kilku chłopców w wieku od 4 do 19 lat, na których w latach 1948-1949 bonifratrzy otrzymywali od Państwa subwencje, z których tylko część wykorzystywali na podopiecznych. Zakonnicy zatrudniali aż 35 osób personelu. W przyzakładowym gospodarstwie hodowali oni konie, świnie, kury i krowy. Za jedzenie pochodzące z tego gospodarstwa – należącego do konwentu bonifratrów z Krakowa – zakład uiszczał ceny wyższe niż obowiązywały na rynku. Poza manipulacjami finansowymi dochodziło do innych nadużyć. Część chłopców była zatrudniana nieodpłatnie w gospodarstwie, pozostali musieli w zakładzie myć podłogi i obierać kartofle. Byli oni głodzeni, chodzili w łachmanach, kąpiel mieli raz w tygodniu, a nocą robiono im apele. Nie leczono ich, nie mieli świetlicy, nie grali w gry, nie puszczano im filmów z projektora, nie kupowano czasopism. „Biblioteka wprawdzie liczyła około 100 tomów lecz były to wyłącznie życiorysy świętych i książki o treści formalnie religijnej, faktycznie pornograficznej, jakie pod płaszczykiem uświadamiania o grzechach ciężkich, zwykli studiować zdeprawowani nienormalnym trybem życia członkowie zakonu”. Chłopcy regularnie byli karani za różne występki, np. za zapisanie się do ZMP, czy udział w manifestacji z okazji 1 maja, a karami było odebranie obiadu i karcer. Za najmniejsze nieposłuszeństwo byli bici paskiem, pałką, gumą, kablem elektrycznym i ręką. Przodował w tym szczególnie jeden z pracowników placówki – pan Ignacy M., dawny sierżant zawodowy KOP-u, w czasie wojny walczący w szeregach armii Andersa. Podopiecznych zamykano w izolatkach, obnażano ich i gwałcono. „Homoseksualizm pod wpływem praktyk przeora zaczął się szerzyć wśród samych chłopców”. W czasie procesu przełożony zakładu – ojciec Aleksy Florczak „niezręcznie zaprzeczał ciężkim oskarżeniom chłopców”. „Jest to człowiek zupełnie głupi, prymitywny, nie umiejący nawet zdania jednego sklecić gramatycznie”. I taką to narrację mamy od początku do końca książki. W tym antyprocesie 5 osób zostało skazanych na kary od 2 do 7 lat więzienia. Ale to nie o to tu chodziło. Celem głównym było pozbawienie zakonników ich własności i zorganizowanie w ich budynku Wojskowego Szpitala Garnizonowego. Tak też się też stało, gdy zakonnicy trafili do więzień. A tak wyglądał budynek, dla przejęcia którego, zorganizowano cały ten kłamliwy proces:

O tym jak naprawdę wyglądała sytuacja w zakładzie w Namysłowie poczytajcie na stronie internetowej (naprawdę warto, choć nie jest to przyjemne):
https://www.namyslowianie.pl/blog/entedy/stalinowski-proces-namyslowskich-bonifratrow/03-09-2009
