- Autor: Hermann Huppen (rysunki) i Michel Greg (scenariusz)
- Tytuł: Port szaleńców (Le Port des Fous) w: Bernard Prince. Księga 3
- Wydawnictwo: Kurc
- Cykl: Bernard Prince
- Rok wydania: 2020
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

Komiksy z Bazaru Różyckiego
„Bernard Prince” to belgijska, francuskojęzyczna seria komiksowa autorstwa duetu Greg (m.in. „Luc Orient” i „Bruno Brazil”) – Hermann (przede wszystkim „Comanche” i „Jeremiah”), rozpoczęta w roku 1966 dla czasopisma „Tintin”, a od roku 1969 ukazująca się jako indywidualne albumy z wydawnictwa „Le Lombard”.
Głównymi bohaterami cyklu są: białowłosy kapitan Bernard Prince (ekspolicjant Interpolu, dowódca jachtu „Kormoran”), porucznik Barney Jordan (szyper) i młody Pakistańczyk Djinn (majtek). „Port szaleńców” swoje pierwsze wydanie albumowe miał w sierpniu 1978 roku. Kilka lat temu Wydawnictwo Kurc wydało wszystkie komiksy z Bernardem Prince’m, w trzech tomach albumów zbiorczych. Tom nr 3 liczy łącznie 238 stron (z czego 48 przypada na „Port szaleńców”), a jego cena okładkowa to 120 zł. W sumie znalazły się tam trzy długie opowiadania oraz dziesięć krótkich.
Akcja toczy się w USA, na Alasce, na wysokości kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska, w latach 70.
W Skagway Bernard Prince i spółka czekali na zakończenie budowy ich nowego statku „Kormoran II”. Djin jednak wkrótce odjechał stąd pociągiem, by kontynuować naukę w gimnazjum. Ed Callaby – ich armator, zwrócił się do Prince’a i Jordana z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu wypadku, jakiemu właśnie uległ jego statek, który wracał z ładunkiem eskimoskich futer. Stojący u wybrzeża bez ruchu „Mary-November”, w odległości sześciu dni drogi od najbliższego portu, został zauważony przez przelatujący samolot. Na wykonanym zdjęciu, widać było leżące na mieliźnie, niedaleko od statku, ciało kapitana Pearce’a. Pozostałych członków załogi tj. Choctawa Joe i Bartona nie zauważono. „Kormorańczycy” zgodzili się na udział w misji ratunkowej. Hydroplanem pływakowym (to ten, który zamiast kół ma płozy-pływaki; nie mylić z innymi wodnosamolotami: latającą łodzią i amfibią) pilotowanym przez sierżanta Larouxa z Kanadyjskiej Policji Konnej, w towarzystwie doktora Meyera, dolecieli w okolice Port-Everwhite, nazywanego też Portem Szaleńców, gdyż wiejące tam non-stop przez siedem miesięcy z rzędu wiatry czyniły życie ludzi nieznośnym i negatywnie wpływały na psychikę mieszkańców. Tam odnaleźli nieruchomy statek oraz zwłoki jego kapitana. Kiedy wylądowali, okazało się, że Perace zginął od strzału z broni kal. 9 mm, oddanego prosto w serce. Kiedy weszli na statek, odnaleźli w jednej z kajut ciężko rannego i ledwo przytomnego niejakiego Limbo Parksa . Zadane mu obrażenia pochodziły od bosaka do lodu. Meyer natychmiast udzielił mu pomocy i dał zastrzyk usypiający.
W międzyczasie na pokładzie pojawili się kolejni goście – siedmioosobowa, uzbrojona grupa mężczyzn, wśród których były dwa „cyngle” pewnego syndykatu – Elizondo „Skórzany Kark” i Tommy Raggs. Trzymając na muszkach członków ekipy ratunkowej, zażądali od nich wydania narkotyków, a konkretnie heroiny, która była szmuglowana statkiem. Doszło jednak do dramatycznych wydarzeń, którego doprowadziły do kolejnych zgonów. Był jeszcze inny problem – jeśli statek zaraz nie wyruszy do Portu Szaleńców, to zostanie unieruchomiony na tej wodnej pustyni przez lód, i to na kilka miesięcy. Callaby nie mając informacji od wysłanych przez siebie ludzi, postanowił lecieć im na pomoc. Wynajął do tego pilota Scorchy’ego Hazarda i jego prywatny … bombowiec.
Fabuła komiksu jest dość ciekawa, a główni bohaterowie (dobrzy, odważni i sprytni) dają się szybko polubić. Jeśli chodzi o kreskę to jest ona zbliżona do tych, które najbardziej lubię u zagranicznych twórców, a mianowicie Eddy’ego Paape i Williama Vance’a.
Niestety świat sensacyjno-fantastyczno-przygodowych komiksów frankońskich (francusko-belgijskich) przeszedł do historii, a powraca jedynie w reedycjach. Zmniejsza się również grono ich odbiorców, do osób które są już poważnie dorosłe, a dla których w latach 60., 70. i 80. takie komiksy były jedynie marzeniem, które można było zrealizować tylko częściowo: albo na straganach bazarowych za grube pieniądze kupić jakiś komiks, ale w oryginalnym, najczęściej niezrozumiałym dla młodych czytelników języku (w szkołach uczono wówczas języka rosyjskiego) albo czekać miesiącami aż „Świat Młodych” wyda jakiś zachodni komiks w tłumaczeniu na język polski, ale za to w okrojonej liczbie plansz. Komiksy te w większości charakteryzowały się tym, że nie było w nich wulgaryzmów, erotyzmów, perwersji i nadmiernego epatowania przemocą. Fabuła była konkretna, bez zbędnych wątków pobocznych, bez propagowania jakiś dziwnych idei, bez jakiegoś psychologizowania postaci, bez umieszczania na dobrych bohaterach rys i skaz. Komiksy te były przeznaczone nawet dla starszych dzieci, bez ryzyka ich demoralizacji. Liczyły się w nich ciekawe przygody, zwycięska walka dobra ze złem, szlachetne, warte naśladowania postacie, niejednokrotnie humorystyczne teksty, piękna, stylowa kreska i niesamowite kolory. A teraz … ? Ciśnie się na język pytanie: Quo vadis, świecie, quo vadis?
