Edigey Jerzy – Jedna noc w Carltonie 331/2025

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Jedna noc w Carltonie
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria: z Tukanem
  • Rok wydania: 1971
  • Recenzent: Mariusz Młyński

LINK Recenzja Anny Lewandowskiej

W zakopiańskiej willi „Carlton” grupa stałych bywalców zażywa uroków październikowego wypoczynku. Wśród gości znajduje się jubiler Mieczysław Dobrozłocki, który przywiózł do willi precjoza o wartości około miliona złotych; ma on na miejscu przygotować kolekcję na wystawę sztuki złotniczej we Florencji.

W czwartkowy wieczór goście tłumnie siadają przed telewizorem; jednak „nikt ››Kobry‹‹ nie oglądał, mieliśmy lepszą na miejscu” – otóż jubiler zostaje uderzony w głowę i leży w kałuży krwi, a po kasetce z kolekcją nie ma śladu. Na miejscu pojawia się podporucznik Andrzej Klimczak z Komendy Miejskiej; nie ukrywa on, że sprawa go przerasta tym bardziej, że ledwo miesiąc temu opuścił mury szkoły oficerskiej w Szczytnie. Towarzyszący mu starszy sierżant (jakżeby inaczej…) podsuwa mu pomysł skorzystania z pomocy przebywającego w okolicznym domu wczasowym MSW pułkownika Edwarda Lasoty z Komendy Głównej; zaznacza on jednak, że będzie „czymś w rodzaju życzliwego obserwatora, służącego w razie potrzeby radą” (dużo szczęścia ma ten podporucznik, że nie usłyszał: wykazuj się, kolego, ja jestem na urlopie, a tak w ogóle, kto jest pańskim przełożonym?).

W książkowej chronologii Edigeya ta powieść jest pozycją osiemnastą i ukazała się w roku 1971; w chronologii gazetowej jest to jednak pozycja piąta i pochodzi z 1964 roku – pytanie tylko w którym roku została napisana. Pytanie nie wydaje mi się pozbawione sensu; książka jest bowiem tak rozkosznie głupkowata, że wręcz musi pochodzić z bardzo wczesnego etapu twórczości Edigeya. Czytając o jubilerze zabierającym w góry kolekcję wartości miliona złotych po to, żeby tam ją przygotowywać do wystawy, przyszedł mi do głowy Marian Paździoch, który malował model samolotu na podłodze korytarza i dostał zawału, kiedy Arnold Boczek rozdeptał mu go wychodząc z ubikacji – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z wysokim poziomem głupkowatości. A może chodziło właśnie o to, żeby wkraczający do akcji pułkownik Lasota mógł mieć podstawę do powiedzenia: „Ludzie są bardzo lekkomyślni, sami prowokują do przestępstwa” – przecież sami byśmy na to nigdy nie wpadli. Podporucznik Klimczak jest równie pocieszny: uparł się jak osioł, że bandyta wszedł po drabinie, wybił szybę, wszedł do pokoju i ukradł kolekcję – pal licho, że odłamki szkła z wybitej szyby leżą na balkonie. A może tak też miało być? Może w tym przypadku autor chciał, żeby przeciętny czytelnik poczuł się mądrzejszy od oficera milicji? Tu z kolei przypomniał mi się porucznik Gawryś z książki Edigeya „Umrzesz jak mężczyzna”; on był też miesiąc po Szczytnie i po objęciu stanowiska był chojrakiem straszącym aresztowaniem lub przeczołganiem przez miasto – no tak, pokozaczyć jest łatwo, ale kiedy trzeba pogłówkować, to dobrze jest nagiąć fakty do przyjętej teorii, a jeszcze lepiej jest schować się za pułkownikiem. A o fakcie, że podporucznik, widząc na znalezionym młotku dwie plamki i dwa włosy, autorytatywnie i bez żadnych badań stwierdza, że to jest narzędzie zbrodni, bo to są włosy i krew jubilera, to już nawet nie warto wspominać.

I tak się ta książka toczy; mam wrażenie, że Edigey celowo stworzył takie pocieszne scenki, żeby na ich tle pokazać operatywność milicji. Stworzył też kilka postaci ewidentnie karykaturalnych, jak choćby aktorka Zofia Zachwytowicz, która ma męża Andrzeja – ma ktoś jakieś skojarzenia? Są też, oczywiście, schematy: postacie, za którymi ciągną się największe smrody, to pewna pani profesor, która nie potrafi wychować syna, pewna pracowniczka amerykańskiej firmy chemicznej, która buduje sobie dom oraz pewien inżynier, który na boku komponuje piosenki i jest babiarzem i hazardzistą – czyli mamy typowo gomułkowską krytykę inteligencji. I na tym tle wychodzi, niczym Hercules Poirot, pan pułkownik, który siada w fotelu i tłumaczy dlaczego odłamki szyby leżą na balkonie, a młotek leży na kanapie.

Mamy tu świadectwa epoki: czechosłowacki telewizor „Tesla” i papierosy „Wawel”; jest tu śmieszna literówka, kiedy bohaterowie idą ulicą Ku Stoczni, ale jest też ewidentny błąd z najmniejszą linią oporu; jest też zagadkowe przypuszczenie jubilera, że do zaginięcia ongiś insygniów królewskich przyczynili się niektórzy pułkownicy z Pierwszej Brygady; jest ciekawe spostrzeżenie, że „powieść kryminalna to w ogóle żerowanie na najniższych gustach pospólstwa”; jest też koszarowy suchar: „Czy widziała pani klejnoty jubilera?” – generalnie więc uważam, że jest to jedna z gorszych książek Edigeya. W prasie ukazała się ona we wspomnianym 1964 roku w „Expressie Wieczornym”; jedyne wydanie książkowe miała w 1971 roku, a za granicą wydano ją tylko w Rosji ale za to aż cztery razy: dwa razy w egzotycznych (jak to w Rosji) zbiorach (na przykład w towarzystwie „Adoratora panny West” Erle’a Stanleya Gardnera) i pod tytułem „Rubiny przynoszą nieszczęście”, a dwa razy w edycjach dzieł zebranych Edigeya.