Edigey Jerzy – Baba-Jaga gubi trop 306/2025

  • Autor: Edigey Jerzy
  • Tytuł: Baba-Jaga gubi trop
  • Wydawnictwo: Czytelnik, Wielki Sen
  • Seria: seria z Jamnikiem, Seria z Warszawą
  • Rok wydania: 1967, 2011
  • Nakład: 30280, bn
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

LINK Klubowa Księgarnia
LINK Recenzja Bartosza Brzózki
LINK Recenzja Wiesława Kota
LINK Recenzja Mariusza Młyńskiego

„Baga-Jaga” nie okazała się psem ogrodnika

Ogrodnik spod Nadarzyna, niejaki Piotr Salamucha przybywa do Komendy Wojewódzkiej Milicji, by osobiście objawić samemu komendantowi, że ktoś strzelał w jego kierunku lub kierunku kogoś z rodziny przez otwarte okno. Recz działa się bowiem w porze kolacji.

Strzelanie zaś zostało poparte anonimem, w którym domagano się 200 tys. zł. Komendant przyjmuje zdesperowanego ogrodnika i wysłuchuje go, choć nie od razu. To co zrekapitulowałem powyżej zajmuje cały pierwszy rozdział w szóstej z kolei powieści Jerzego Edigeya „Baba-Jaga gubi trop”.
Edigey dysponował bowiem rozlewistą frazą i powieści jego (choć nie wszystkie) czyta się trochę jakby się było u cioci na imieninach. Nie, żebym miał coś przeciwko ciotkom, a tym bardziej imieninom. Nie mniej od powieści kryminalnej oczekujemy nieco więcej dyscypliny. No, ale w tym wypadku chodziło o to, by ukazać że każdy obywatel, nawet ogrodnik, zwany w PRLu mało pochlebnie badylarzem, jako porządny przedstawiciel prywatnej inicjatywy, ma prawo z komendantem, nawet wojewódzkim się spotkać, bo milicja od tego jest, by ludziom pomagać. Sprawa strzałów i szantażu trafia w ręce kapitana Stefana Kowalczyka.
Jednym z pierwszych podejrzanych okazuje się komendant posterunku w Nadarzynie, Jan Kamiński, którego życiorys poznajemy w całej rozciągłości, ale nie o życiorys tu chodzi, tylko o fakt utraty broni służbowej w dziwnych okolicznościach, podczas napaści na stróża prawa w Wołominie. A Kamiński potrzebował na gwałt kasy w związku z chorobą syna.
Sprawca lub sprawcy szantażu żądają 300 tys zł w gotówce i każą zdeponować walutę w dość ustronnym miejscu, po czym pieniądze podejmuje specjalnie wyszkolony pies, a gdy milicji udaje się odnaleźć czworonoga, to jest to on poważnie ranny i w książce mamy sążnisty opis transportowania psa do kliniki weterynaryjnej na Grochowie. Po rekonwalescencji Baba-Jaga trafia do domu kapitana i tam już pozostaje, ku uciesze dzieci. No tak, ale nadal nie mamy sprawcy czy też sprawców. Tu Edigey ułatwia sobie zadanie, gdyż podczas proszonej kolacji u badylarza ktoś podrzuca kolejny anonim. A zatem należy jedynie wyłuskać autora spośród gości i rozwiązanie gotowe, a że przy stole było 12 osób, to tylko wdrożyć metodę eliminacji. Ktoś powoływał się na aluzje biblijne, ale nie posądzam autora o tak daleko idącą symbolikę.Raczej o pełne wykorzystanie stołu i zastawy na tuzin osób. Intryga zatem wygląda przeciętnie i pozostaje skupić się na pobocznych ciekawostkach i obserwacjach, których na szczęście w bród. Oto na przykład ktoś handluje na bazarze lewymi koszulami: „-Proste. Odpruwa się metki „Wólczanki”. Przyszywa podrobione znaki zagraniczne i koszula zjawia się na Bazarze Różyckiego lub na Skaryszewskiej jako ekstra okazja za 750 zł..” O ile Skaryszewska dawno nie istnieje, to Bazar Różyckiego w okrojonej formie wciąż funkcjonuje. Sprawą tych koszulowych przewałek zajmuje się porucznik Downarowicz z Komendy Miejskiej MO. No, tu już mamy jednoznaczna aluzję do majora Downara z dzieł Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego. Nieco drażni mnie, że Edigey dość niechlujnie czasami podchodzi do warszawskiej topografii. W wielu miejscach bywa wierny, ale czasami niepotrzebnie wymyśla. Na początku powieści Salamucha udaje się na milicję i czytamy, że wysiadł z tramwaju przy ulicy Zygmuntowskiej. Ulica ta znajduje się obecnie na Zaciszu i nigdy nie jeździły tędy tramwaje. Można natomiast przypuszczać, że Edigey odnosi się do przedwojennej Zygmuntowskiej, która faktycznie była na Pradze. Zapewne pisząc sięgał do własnej pamięci, a nie realiów z czasów pisania „Baby-Jagi”. Tak więc trzeba podchodzić do takich szczegółów uważnie. Co nie zmienia faktu, że na ogół można spacerować po Warszawie za Edigeyem. Wykorzystałem ten tytuł przygotowując spacer po Pradze Południe.
W roku 1976 „Babe-Jagę” zekranizował Krzysztof Szmagier jako jeden z odcinków seria lu „07 zgłoś się”. Była to pierwsza ekranizacja Edigeya, potem dołączą jeszcze „Strzał na dancingu” i „Wagon pocztowy” (obie w 1981). Szmagier wziął z fabuły przede wszystkim wątek z psem jako intrygujący szkielet intrygi. Resztę radykalnie zmienił – zniknął badylarz, a pojawił się przedstawiciel inteligencji, reżyser (sic !) z telewizji. Film i książka bardzo się różnią, jest to więc bardziej na motywach, niż typowa ekranizacja. Możemy się domyślać czemu Szmagier sięgnął po ten tytuł – przecież wcześniej nakręcił serial „Przygody psa cywila”, gdzie także pies był kluczowym bohaterem.
Kryminalnie u Edigeya tym razem średnio (jak ktoś szuka wspomnianej precyzji, to polecam na przykład „Walizkę z milionami”, 1975), ale rozmaitych drobiazgów rozsianych po gawędziarsku, nie brak. Dlatego przeczytać warto. Na koniec uwaga techniczna – każdy egzemplarz „Baby Jagi” z jamnikowej serii rozpada się w trakcie lektury, fatalne klejenie. Dlatego też swego czasu Klub Mord, za którym stoi wydawnictwo „Wielki Sen” postanowiło wznowić ten tytuł w legendarnej Serii z Warszawą i było to pierwsze wznowienie – po 44 latach od pierwszego wydania książkowego. Mało tego, dołączono opowiadanie „Na ostrzu brzytwy”, znane wcześniej tylko z druku prasowego.