- Autor: Białecki Edmund
- Tytuł: Sprawa strusia
- Wydawnictwo: Wielki Sen
- Seria: Seria z Warszawą (wolumin # 55)
- Rok wydania: 2014
- Nakład: nieznany
- Recenzent: Robert Żebrowski

„Święci” z „fabryki” kontra „fajnechłopy” z „ferajny”
Tytuł tej książki brzmi naprawdę intrygującą. Można się zastanawiać, czego będzie ona dotyczyć: czy Struthio molybdophanes (bo o ten gatunek tu chodzi – jako pochodzący z Somalii) został zamordowany, czy może porwany, albo też pozbawiony luksusowych piór lub potraktowany jako dawca narządów. A może to właśnie ten ptak okazał się bezlitosnym zabójcą lub naturalnym złodziejem? Hm, a może jednak zupełnie coś innego? Podpowiem: coś innego, ale nie zupełnie!
Recenzowana pozycja liczy 98 stron. Po raz pierwszy drukowana była w „Expressie Ilustrowanym” w roku 1970.
Akcja toczy się w Trójmieście i Szczecinie, w latach 60.
Do ogrodu zoologicznego w Oliwie [otwarte było w roku 1954] dostarczony został polskim statkiem struś afrykański z Somalii. Następnego dnia już nie żył. Znaleziono go na wybiegu dla bawołów, gdzie nie miał prawa się znaleźć. Dyrektor zoo – doktor Skalski zawiadomił o tym milicję. Na miejsce zdarzenia przybyli: kapitan Roman Molski, porucznik Bogdan Śliwa (obaj wystąpili też w drukowanej w roku 1971 „Podwójnej śmierci”) i sierżant Wróbel. Później do tego składu dołączył porucznik Irek Żaczek.
Na podstawie ujawnionych już na wstępie okoliczności sprawa wydała się tak poważna, że Molski postanowił skorzystać z grupy tzw. „Świętych”, której był dowódcą. „W Komendzie Wojewódzkiej Wybrzeża [nazywanej przez jej pracowników „fabryką”], została utworzona grupa kryminalna, w skład której wchodzili ludzie o specjalnym wyszkoleniu. Byli to oficerowie o dużej [raczej: wysokiej] inteligencji, znający języki obce. Mieli przygotowanie sportowe, znali boks, dżudo, walki zapaśnicze. Ludzie ci zależnie od okoliczności, czuli tak samo swobodnie w smokingach, jak w marynarskich ubraniach czy kombinezonach wśród robotników. Umieli prowadzić samochody, motocykle, a nawet tramwaje i motorówki jednostek przybrzeżnych”. Kluczowym dla sprawy ustaleniem było to, że struś po śmierci został rozcięty i pozbawiony żołądka. Od tego momentu zrobiło się naprawdę groźnie. Ktoś zaczął fizycznie eliminować osoby związane ze sprawą strusia.
PRL-ogizmy: papierosy – „Sporty”, „Mocne”, „Caro”, „Piasty”, samochody – „Warszawa”, „Żuk”, „Renault” i „Mercedes”, restauracja „Pod Retmanem” [retman to starszy flisak] w Gdańsku (o takiej nie słyszałem, ale w Warszawie na Mariensztacie była restauracja „Gdańska pod Retmanem”!), lokal „Krokodyl” w Gdyni.
Cytaty: „Fajny chłop. Nieraz przynosi ćwiartkę i po fajrancie sobie łykniemy. Mogę powiedzieć, że nawet serdeczny, bo mnie zawsze nalewa więcej niż sobie”.
Dość fajny, a można powiedzieć, że nawet serdeczny jest ten kryminał, gdyż więcej daje czytelnikowi niż jego autorowi. Autor, choć zarobił, to musiał się napracować, a czytelnik, choć wydał te 25 zł, to jednak mógł się przy nim pośmiać, odpocząć, a nawet na chwilkę zdrzemnąć. Autor przy pisaniu też się chyba na chwilę zdrzemnął, bo w jednym miejscu zamiast „heroina” napisał „haszysz”. Ogólnie jednak polecam!
