- Autor: Benjamin Kellog jr.
- Tytuł: Jeśli już mam umrzeć…
- Wydawnictwo: Bellona
- Rok wydania: 1990
- Nakład 20 000
- Recenzent: Mariusz Młyński

Drugie alter ego Wacława Rogowskiego jest dziś do tego stopnia zapomniane, że jego książki funkcjonują już tylko jako hasła w katalogach; jego trzy powieści napisane pod pseudonimem Beniamin Kellog jr. mają w całym internecie trzy oceny (w tym dwie moje). Wiele rzeczy ma na to wpływ – wtórność, brak charakterystycznego stylu ale przede wszystkim ogólna bryndza polskiego kryminału na przełomie lat 80. i 90.
Taka właśnie jest ta powieść: styl Raymonda Chandlera rozpoznawalny jest od pierwszej strony. Jest oto główny bohater, prywatny detektyw, w którego biurze pojawia się Elly Connoly, była aktorka, a obecnie żona dawnego magnata filmowego; Kellog myśli: „Byłbym chyba odesłał Elly z kwitkiem, gdyby nie przypomniało mi się jednak, że moja kieszeń gwałtownie żąda, abym ją napełnił”. Kobieta chce, by Kellog odnalazł jej pasierbicę Katrin, która opuściła dom cztery miesiące temu i od pewnego czasu nie ma z nią kontaktu; podejrzewa ona porwanie, gdyż otrzymała list z żądaniem okupu ale detektyw sądzi, że dziewczynie skończyły się pieniądze i namówiła kogoś na upozorowanie porwania. Trop prowadzi Kelloga do Francji, gdzie w wypadku na nartach zginął jej wujek, który zapisał jej w spadku cały majątek; dziewczyna dużą część pieniędzy przeznaczyła na szpital dla chorych na AIDS; pojawiają się jednak ludzie twierdzący, że jej wujek robił z nimi jakieś szemrane interesy i w rzeczywistości ten spadek to pieniądze, które oni dawali mu na przechowanie.
Czyli nic odkrywczego: bohater myśli jak Philip Marlowe, tak jak on namiętnie pije whisky, prowadzi ze sobą wewnętrzne dialogi o sensie pracy i życia, zbiera baty od podejrzanych typków, parafrazuje jego złote myśli („Strach to nie moja specjalność”) i deklaruje swoje kawalerstwo na co w odpowiedzi słyszy: „Nie zarzekaj się, stary. Nigdy nic nie wiadomo” – i tylko nie rozgryza samotnie problemów szachowych. Sęk tylko w tym, że Marlowe był jeden i tylko jeden, a cała reszta to podróbki – i to właśnie powoduje, że książka po prostu przeleciała mi przed oczami; po prostu jeśli ma się w zasięgu ręki oryginał, to po co zadręczać się imitacjami? I chyba inni czytelnicy uznali tak samo, skoro w ich świadomości ta powieść nie istnieje – w całym internecie do dziś nie ocenił jej nikt.
