- Autor: Arct Bohdan
- Tytuł: Bimber
- Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
- Rok wydania: 1960
- Nakład: 10350
- Recenzent: Robert Żebrowski

Popijem? Toć możem!
Bohdana Arcta już przedstawiałem w naszym Klubie, przy okazji recenzji innych jego książek. Recenzowana pozycja liczy 287 stron, a jej cena okładkowa to 22 zł. Wydana została przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą chyba nie przypadkowo, gdyż jej fabuła dotyczy problemów dotykających ówczesne polskie wsie.
Akcja toczy się w Kłódziach („sto kilometrów od stolicy”) i sąsiednich wsiach, Warszawie, Falenicy (do roku 1951 była samodzielną miejscowością) oraz Siedlcach, w roku 1954 (w tym roku właśnie dzień szóstego września wypadał w poniedziałek).
Kłódzie były jedną z typowych wsi na Podlasiu, połowy lat 50. Leżały one przy szlaku kolejowym prowadzącym z Warszawy, od Dworca Wileńskiego. Nie było tu ani elektryczności, ani asfaltu, nie było świetlicy, związku młodzieżowego, drużyny harcerskiej, zespołu czytelniczego, zespołu sportowego, wreszcie nie było też organizacji partyjnej. Jedyną rozrywką był pędzony na miejscu bimber i zabawy taneczne w „remizji”, na których przygrywali bracia Stasiek i Stefan Gąsiorkowie, słynni i cenieni w okolicy muzykanci z pobliskiego Skarzyna. Granie zaczynali od porywistego oberka, potem była zrywna polka, a koniec zabaw zaś był zawsze taki sam – bójka i ktoś leżący w rowie. „Nie myślcie, że tutejsi ludzie nic innego nie robią tylko chlają bimber i walą się po gębach. Taka opinia byłaby powierzchowna i krzywdząca, a w dodatku fałszywa”. Był za to w Kłódziu sklep spółdzielczy, prowadzony przez Wieśkę Czerniakównę – pannę odpowiednią na dożynkowy plakat. Była też szkoła – pięcioklasówka, do której ze stolicy przyjechał właśnie nowy kierownik – Jerzy Ratowski, debiutujący w tej roli, a w ogóle to nauczyciel z przypadku, gdyż z zawodu był lotnikiem, uczestnikiem II WŚ, majorem lotnictwa w stanie spoczynku. I to on jest głównym bohaterem tej powieści.
Najbogatszym gospodarzem we wsi był stary Wiedrak, z którego zdaniem musiała się liczyć większość tamtejszych mieszkańców. Z pozycji swojego ojca korzystali – Szymon i Walenty, którzy panoszyli się we wsi ile wlezie, a że lubili sobie łyknąć, to i trzymały się ich awantury wszelkiego rodzaju. Właśnie skatowali pompką od roweru swojego sąsiada – Cześka Szumskiego, który śmiał ich ojcu zwrócić uwagę, że Wiedrakowe kury wchodzą mu w szkodę. Żeby Czesio nie poskarżył się milicji, bracia zastraszyli świadków i „zachęcili” by w razie czego zeznawali, że bójkę wszczął właśnie on. Ba, Szymuś był na tyle bezczelny, że u sierżanta Sękowskiego z posterunku MO w Kotuniu złożył zawiadomienie o tym, że został przez Czesława napadnięty.
W kilka dni później, w lesie, znaleziono zwłoki Szymona. Zginął od uderzenia w plecy, pod lewą łopatkę, nożem lub podobnym narzędziem. Obok ciała denata leżała złota dwudziestodolarowa moneta, Śledztwo w tej sprawie wszczął prokurator powiatowy z Siedlec Tadeusz Łęczyk, do wykrycia sprawcy stosujący metodę graficzno-wektorową. Szybko wydał ona nakaz aresztowania dwóch osób podejrzanych: Czesława Sz. (wiadomo dlaczego) i Jerzego R. (tak jak i Szymuś smalił on cholewki do panny Wiesi – spółdzielczanki).
Nie myślcie jednak, że na jednym zabójstwie się skończyło. A przecież były też i jeszcze przestępstwa z innych paragrafów: wspomniane pobicie, a także kradzież, nielegalne bicie świń i handel rąbanką, no i pędzenie bimbru.
Techniczna strona wyrobu samogonu wyglądała tak: „Na kuchennej płycie leżała bokiem duża czterdziestolitrowa bańka od mleka. Odchodziła od niej w bok metalowa rurka, zgięta w dwóch miejscach pod kątem prostym. Rurka wiodła do drewnianej beczki ustawionej na sporym stołku. Ginęła w jej wnętrzu, wchodziła u góry, wyginała się miedzianą połyskującą wężownicą, „kilerem”, i wychodziła z beczki u dołu, wystając na długość kilkunastu centymetrów (…) Przerabiał pół kilo drożdży i dziesięć kilo cukru na dziesięć litrów wyborowej, wypróbowanej krzakówki”.
Sprawa dochodzenia odnośnie produkcji bimbru była chyba nawet bardziej emocjonująca niż śledztwo w sprawie zabójstw, tym bardziej, że źródła produkcji były dwa.
Trzeba przyznać, że książka ta robi wrażenie. Nie liczyłem dokładnie, ale wydaje się, że średnio na co drugiej stronie, a mamy ich 287, pojawia się alkohol. Powieść ta nie tylko ocieka nim, ale też i pachnie. Pije się w niej regularnie i nałogowo. Przyczyn spożycia jest wiele: dla uświetnienia okazji, a te są niemal zawsze, dla zalania robaka, przepłukania gardła, popróbowania mocy, no i bo nie wypada odmówić. Na stronach pojawia się wódka czysta (monopolowa), wyborowa, doprawiona sokiem wiśniowym własnego wyrobu, likierek, eksportowa z wermutem, angielska gorzka, francuskie wino, a przede wszystkim gwóźdź programu czyli bimber, samogon, krzakówka. Alkohol pije się ze szklanek, także „musztardówek” (przetartych brudnym ręcznikiem), „angielek”, kieliszków oraz „z gwinta”.
W książce jest mnóstwo alko-cytatów:
historycznych – „Strząsnęli resztki płynu na podłogę starym wiejskim zwyczajem”
informacyjnych – „Rozebrać wódkę znaczy doprawić ją, dolać do niej jakiegoś soku, esencji, miodu, czy innego paskudztwa”
biograficznych – „Nie od jednej krowy wódkę chlałem”
ludowo-mądrościowych – „Gdzie wódkę piją, tam pijany w rowie”. „Ale który chłop nie wypije? Głupi chyba albo też chory” [tu musiałem się mocno nad sobą zastanowić].
produkcyjnych – „Nauka nie wódka, do głowy nie uderzy i nikomu nie zaszkodzi”
obyczajowych – „Przyjrzał się szklance wojowniczo i wyzywająco (…) Szklanka stała przed nim i, ciągnęła wzrok. Szklanka przezroczystego płynu, zimnego jak lód, gorącego jak ogień…”
Mamy też ciekawy cytat dotyczący sytuacji domowej sierżanta Sękowskiego: „Stał na progu swego mieszkania, wyprostowany jak struna i pokornym głosem składał prywatny meldunek przed gotową do boju żoną (…) Ile razy zdarzało się, że gdy spóźnił się ze służby, witała go potokiem wymyślnych słów, obelg i wyrzekań (…) Sto razy wolał spóźnić się z domu na służbę niż raz ze służby do domu”.
PRL-ogizmy: „Koguty”, czyli milicja kolejowa („bo czerwone mają na czapkach”), służbowe rowery (na nich to jechali milicjanci na zatrzymanie zabójcy), Gromadzka Rada Narodowa, warszawskie lokale: ”Kameralna”, „Pod Kandelabrami” i „Krokodyl”, papierosy: „Giewonty”, „Sporty” i „Nowe”,
Podsumowując: „Bimber” to powieść kryminalno-obyczajowo-produkcyjna (w takiej kolejności). Jednym z jej celów było zachęcenie czytelników do trzeźwości. Stąd w niej, poza przedmiotowymi przestępstwami, opisy dramatycznych wydarzeń (np. sprawy zabicia przez męża żony w ciąży, czy historia Yvonne), będących skutkiem nadużywania alkoholu. Cel ten jednak żadną miarą nie mógł zostać osiągnięty: któż wtedy na wsi – czy to zarobiony, czy też zalany, czytał książki? A jeśli nawet jakiś alkoholik przeczytałby „Bimber” – to zgodnie z akademicką metodą zaprzeczania stwierdziłby, że opisane sytuacje jego nie dotyczą, że nie ma żadnego problemu z piciem, że nic złego nie robi, itd. A niewykluczone, że by się jeszcze tą książką nakręcił do picia. Wg mnie powieść ta powinna być … lekturą szkolną, wtedy mogłaby przynieść jakieś efekty, pozytywne efekty, pozytywne, czyli ścieżkę życia w trzeźwości (nie mylić z abstynectwem).

