Agatha Christie – Rendez-vous ze śmiercią 333/2025

  • Autor: Agatha Christie
  • Tytuł: Rendez-vous ze śmiercią
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: Z jamnikiem
  • Rok wydania: 1972
  • Przekład Tadeusz Jan Dehnel
  • Recenzent: Mariusz Młyński

Od samego początku nic mi się w tej książce nie podobało. Najpierw tytuł przetłumaczony z angielskiego na francusko-polski, choć to i tak jest jeszcze pół biedy: w 1971 roku drukowano tę powieść w „Trybunie Robotniczej” jako „Rendez-vous z inspektorem” – stawiam pół litra temu, kto pokaże mi tego inspektora. Następnie okładka pierwszego polskiego wydania – tył jakiegoś pokracznego samochodu w kolorze wiszącego nad nim słońca, a w tle jakieś kanciaste coś koloru rudego, co chyba ma być pasmem górskim.

A potem już mamy treść – najpierw mamy antypatyczną bohaterkę, której apodyktyczność, ocierająca się o tyranię, niszczy życie jej rodziny do tego stopnia, że jej śmierć sprawia wszystkim ulgę („Paskudna baba. Żadna strata. Wykitowała i wygląda na to, że wszyscy są zadowoleni”). Wiele wskazuje na to, że serce starszej pani nie wytrzymało forsownej wycieczki z Jerozolimy do Petry – i wygląda na to, że nikt jej nie żałuje („Ta śmierć jest korzystna ze społecznego punktu widzenia. Przyniosła wolność dzieciom pani Boynton”). Na przegubie jej dłoni zostaje jednak znaleziony ślad po ukłuciu; dodatkowo okazuje się, że z apteczki doktora uczestniczącego w wyprawie zginęła spora dawka lekarstwa na serce, który w nadmiarze jest silną trucizną.

Mamy więc dość śliski relatywizm, który mnie osobiście się nie podoba – wygląda na to, że stłamszona rodzina usunie ze swej drogi przeszkodę na drodze do szczęścia i od razu wzejdzie słońce nad doliną mroku. Dziwnym trafem na wycieczce do Jerozolimy spotykamy panią psycholog i pana psychiatrę, którzy analizują ten przypadek ale to akurat mógłby być temat na jakąś historię w stylu skandynawskich dreszczowców, a nie na kryminał do pociągu; pomijam już fakt, że wspomniana pani psycholog zakochuje się z wzajemnością w najbardziej zahukanym członku rodziny Boyntonów, bo to już ociera się o harlequina. I wtedy wkracza Hercules Poirot, który tym razem jest całkowicie pozbawiony charyzmy; po prostu przesłuchuje wszystkich, a następnie wyciąga z kapelusza rozwiązanie intrygi tak naciągane, że bardzo trudno się go domyślić – ale wydaje mi się, że w kryminale raczej nie o to chodzi, prawda?

A zanim wyciągnie to rozwiązanie, to przedstawi nam swoisty plan przyjętych przez siebie założeń oraz ułożoną chronologię zdarzeń – a w finałowej scenie obydwie listy, punkt po punkcie, przedstawi nam jeszcze raz. I ten drobny szczegół pokazuje nam, że książka przed wydaniem książkowym musiała być drukowana w prasie – i faktycznie, w 1937 roku pojawiła się w amerykańskim „Collier’s Weekly”, a w 1938 roku w brytyjskim „Daily Mail”. Mamy więc sytuację, którą często widać w powieściach gazetowych – akcja jest sztuczna i naciągana, książce brakuje luzu, a postacie są papierowe. Owszem, mamy tu małe mrugnięcia okiem: jeden z podejrzanych bohaterów „jest czysty, bo, jak to bywa w powieściach kryminalnych, sprawia wrażenie najbardziej podejrzanego”; później on sam mówi do Poirota: „Czytałem o tym w jakiejś angielskiej powieści kryminalnej”; są nawiązania do „A… B… C…” czy „Morderstwa w Orient-Expressie” ale to wszystko nie umniejsza faktu, że ta książka klasykom Agathy Christie nie dorasta do pięt. Oprócz wspomnianego druku w „Trybunie Robotniczej” ukazywała się ta powieść w roku 1971 i 1972 w „Kurierze Szczecińskim” i „Dzienniku Łódzkim”, a wydań książkowych miała bez liku.