Czwartek, godzina 22 – Wiesław Kot 15/2013

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Czwartek, godzina 22
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 46
  • Rok wydania: 1972
  • Nakład: 100275
  • Recenzent: Wiesław Kot

LINK Recenzja Norberta Jeziolowicza

„- Dwadzieścia pięć gram?
– Pięćdziesiąt”.

Mieni się ta „Ewa…” jak kameleon. Bo i warszawska powieść kawiarniana a la Głowacki, i koloryt gajówki, i knajpa portowa, i ciężkie narkotyki.

Bo heroina przemycana do Polski całymi kanistrami, to nie pikuś. Choć startuje z kryminalnego parteru. Wcięło warszawskiego łazika, co to nie orze, nie sieje, a pożywa. „Jakoś nie może się przyzwyczaić do żadnej roboty, panie poruczniku. Takie ma dziwne usposobienie”. Wkrótce ukazuje się w postaci zwłok, od których zalatuje cyjankiem. I rzecz się niespodziwanie rozgałęzia po środowiskach i po terenie. Dzięki czemu nie bełtamy się po wiecznie tych samych paru stołecznych ulicach. W Polske idziemy.

Ale nie w tym główny magnetyzm. Otóż mistrz Zborowski (nazwisko prosto ze Słowackiego przecież) rozsypał w tekście brylanty. Że tylko zbierać, podziękować, zachować i przekazać potomności. Pomyślałem więc, że skaziłbym tę niewinną „Ewę…”, gdybym próbował zagadać moimi nieudolnymi komentarzami to, co występuje w niej w stanie krystalicznym. Więc przdeptuję gardło własnej pieśni, wstawiam tylko cudzysłowy i czerpię z oryginału pełnymi garściami.

Mamy tu oto niezłą alkoholową paradę, którą z rozkoszą przytaczam:
„Tylko kropelkę – Garbarski nalał do szkalnki sporą porcję dżinu i, zapominając o wodzie sodowej, wychylił ją duszkiem”.
„Kierowca nie pił, ale Nowacki i sierżant kazali sobie podać po pięćdziesiąt gramów żytniówki, tłumacząc to niezbędą profilaktyką wobec zbliżającego się sezonu grypowego”.
„Nie zabrakło oczywiście pękatych butelek, mieniących się tak intensywnymi barwami, że trudno było oczu (tak w oryginale!) od nich oderwać”.
„Sierżant wychylił kieliszek orzechówki i zupełnie już odzyskał mowę”.
„Wypili i zaczęli się żegnać. Kierowca melancholijnym wzrokiem obrzucił butelki z nalewkami, których nawet nie spróbował”.
„Klepali go po plecach, chwalili jego bojową postawę i, nie zwlekając, postawili przed nim setkę wódki”.
„Śmierć frajerom. – Sięgnął po butelkę i napełnił kieliszki śliwowicą”.
„- Co pani podać? – spytała kelnerka.
– Kawę. Proszę… dużą kawę i koniak.
– Dwadzieścia pięć gram?
– Pięćdziesiąt”.

Dalej biegną teksty, które zasługują na miejsce w antologii mądrościowej, a nie w byle kryminale-jednorazówce. Więc, żeby ocalić od zapomnienia.
„- Nigdy nie wiadomo, do czego człowiek jest zdolny – powiedział Nowacki. – Podobno człowiek to istota nieznana. A w każdym razie bez wątpienia przysparza nam ciągłych niespodzianek”.
„Czyżby pan nie wiedział, panie poruczniku, że od początku świata zło jest czymś o wiele bardziej atrakcyjnym aniżeli dobro i tak zwana cnota?”
„Niebieski ptak ma w sobie zawsze coś pociągającego, szczególnie młodzież ulega tym urokom. Nie bez winy jest tu oczywiście literatura, specjalny gatunek powieści gloryfikujacych ciekawe i łatwe życie różnych hochsztaplerów, oszustów, złodziei hotelowych, gentelmenów-włamywaczy. Specjalizują się w tej tematyce autorzy amerykańscy. Także i niektóre filmy odgrywają niemałą rolę”.
„Wymowa faktów to bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko. W naszej robocie najważniejszy jest kontakt z żywym człowiekiem”.
„Lekarz powinien być zarazem spowiednikiem, a spowiednik lekarzem. Mówię oczywiście o rozsądnych lekarzach i rozsądnych spowiednikach”.
„Moją specjalnością jest podejrzewanie wszystkich o wszystko”.

Wreszcie dialogi i scenki skrzące się urodą bezinteresowną:
„-  Kto to jest Iwona? – spytał nagle Nowacki.
– To dziewczyna Bogdana. Taka idiotka”.
„Danuta Zagórska okazała się typową trzpiotką. W odróżnieniu od swojego przyjaciela mówiła bardzo dużo, bezładnie, podawała sprzeczne ze sobą informacje, śmiała się i co jakiś czas powtarzała: >>Ach, jaka ja jestem strasznie głupia<<, co zresztą nie mijało się z prawdą”.
„_ Co mówicie? – spytał Nowacki.
– Tak sobie rozmawiam sam ze sobą.
– Ciekawa rozmowa?”
No, i wreszcie sztabowy finał:
„Dawno już nie widzieli majora w tak szampańskim humorze. Śmiał się, żartował, wyciagnął z biurka najlepsze >>reprezentacyjne<< papierosy i zamówił u sekretarki trzy kawy”.

Dla porządku, żeby nie było, że się opuszczamy, nieco kolorytu. Bo zmysły pacują. Na przykład powonienie w starej kamienicy czynszowej. „Mydliny, smażona cebula i mocna woda kwiatowa – wszystko to razem tworzyło dość niezwykłą kompozycję zapachową”. Wraca też stały element personalny – dozorca. Jak żywy. „Bo i kto ma sprzątać, proszę pana. Dozorcę to niewiele obchodzi. Jeździ na rikszy i zarabia ciężkie pieniądze. Co mu tam schody”.

Ale – bywa, że czytamy zdanie, a tu dłonie same ześlizgują się z klawiatury. Bo zdanie okrągłe i piękne. Tak piękne, że nie mieści się w żadnej kategorii. Więc pośpiesznie spisujemy i pozostajemy z ustami otwartmi ze zdumienia i podziwu. Zdanie brzmi: „Sierżant znowu ziewnął, aż mu łzy popłynęły z oczu”.