Cios za ciosem – Wiesław Kot 13/2013

  • Autor: Żołnierowicz Tadeusz
  • Tytuł: Cios za ciosem
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 110
  • Rok wydania: 1979
  • Nakład: 120000
  • Recenzent: Wiesław Kot

Usiedliśmy i siedzimy

Wczasy nadmorskie, niewielka kanciapa z byle jakimi meblami, co wynagradza słońce, które „opalizuje”. Ale to preludium.

Bo niewinny wypad nadmorski pociąga za sobą lawinę. Skrytobójstwa tu i tam. Ale to teraz nieważne, bo ślady i tak  wiodą w przeszłość. W kultową – w lata, kiedy UB i MO tworzyły swój mit założycielski.  Okazuje się to, co podejrzewaliśmy od początku. Jak kto współpracował z gestapo za okupacji, to po 45-tym strzelał do Bogu ducha winnych milicjantów. A jak poszedł za to siedzieć, to i tak za krótko. Bo amnestia i takie tam… Co się teraz naprostuje.

U autora Żołnierowicza już tak jakoś dzieje się, że śledztwo mniej wiecej w połowie dziełka utyka w martwym punkcie, co naturalne. Gorzej, że oficerowie nieustannie, na dziesiątkach zadrukowanych stronic, się nawzajem o tym powiadamiają. Cierpią, ubolewają i narzekają. Autor robi z tego kwestię, co na takim obszarze akcji nie bardzo książeczce służy. I depresyjnie wpływa na czytelnika, który zaraża się poczuciem bezwyjściowości, beznadziei i niemocy. A jak do tego dodać nieustanny deszcz jesienny, to nic tylko się pociąć.

Na dokładkę wszyscy są tu zmęczeni. Kelner tuż przed emeryturą, co obsługuje dwa rewiry i jeszcze dogląda szatni. A w ogóle to gnębią go żylaki. I sklepikarz spożywczy, któremu trafił się klient za pięć osiemnasta. I wczasowi brydżyści, którym karta nie idzie, bo podoili nieźle „Soplicę”. Śmiertelnie zmęczony jest kapitan Sieniuć, stały bohater.  I jego syn, który wrócił z treningu pływackiego. Więc na omastę autor umieszcza w fabule napad na sklep (jeden trup, jeden ranny) i morderstwo w ubikacji restauracji „Stylowa”. I awanturę w barze piwnym, gdzie strzela z kolei młodociany pracownik PGR-u, oczywiśie PGR-u Lulków. Wszystko to usprawiedliwione, bo pogoda nie bardzo podchodząca. Toczy się więc kryminał błotny. Ciagle pada, leje, siąpi, mży. Strugi wody z nieba, zapotniałe szyby. Przemoknięte płaszcze i buty ciężkie od brodzenia po kałużach. „Małe krążki blasku skaczą po znieruchomiałych liściach i błotnistych rozlewiskach jak upiorne świetliki” – tak ten nieustanny opad wygląda, gdy weźmie go pod pióro poetycko nastawiony autor.

No i jedyny legalny PRL-owski narkotyk. Wódeczność i okolice. No, to pohulajmy: „Pije już od dłuższego czasu, ale to, co obecnie robi, przechodzi ludzkie pojęcie”. Inni nie gorsi: „Słyszy za sobą cienki brzęk szkła; to Wrona napełnia kieliszki”. Ten Wrona to nadaktywny: „Wrona uśmiecha się tajemniczo, wyciąga butelkę >>Soplicy<<, stawia cztery kieliszki”.  Ta „Soplica” to dopiero… „Grabski po raz trzeci sięga po kieliszek. Już czuje działanie „Soplicy”. Zresztą w okolicy buzuje:  „Siedzący przy stolikach stali bywalcy przydrożnej knajpy w Lulkowie są już zamroczeni piwem, czystą z czerwoną kartką, najtańszym winem. Niektórzy zmierzają na słabych nogach ku wyjściu, paru zaś chwieje się na krzesłach, by lada chwila znaleźć się na podłodze”. Wspomniana „czerwona kartka” trzymała się na butelkach bardzo długo. Tysiące i tysiące zeszło z tego padołu mając ją przed oczami jak sztandar. Jako jedyną przepustkę na wieczność. Kto nie zastał wódeczki w domu, zachodził do lokalu: „Znowu kawa. I dwa kieliszki >>Soplicy<<. Odpowiada, że nie ma tego trunku, poleca >>Wyborową<< albo >>Śliwowicę<<. Wybierają tą (tak w oryginale!) ostatnią. Dwie pięćdziesiątki”. No i obrzędy, obrzędy… „Dziś są jego urodziny — skończył czterdzieści osiem lat. Stało się to już tradycją, że stawia w tym dniu małego drinka kolegom. Za tą tradycją, która zrobiła karierę, szczególnie wśród ludzi trunkowych, kryje się jednak coś innego: wielkie picie. Musiał postawić kolegom litr wódki. I tak w końcu sarkali, że mało”. „I to picie, nigdy dość…” pisała Agnieszka O., która też miała swoje doświadczenia. W „Ewie…” zdarzali się też nostalgicy: „Ostatnio zapuścił się na miejscowy cmentarz, obejrzał pomniki, pomedytował… — Przy butelce wina „patykiem pisanego” — wtrąca kapitan”. Przesłuchiwany zaprzecza, ale nie brzmi to wiarygodnie.

Błąkamy się po stylistyce, więc i rezultaty się znajdą. Pewien doraźny problem wiąże się z opisem okien. Bo raz mamy tak, że ktoś jest: „zapatrzony w czarne klisze okien”. Ale po chwili „na szybach osiada mrok. Pobłyskują jak czarne szkliwo”. Podobne, ale nie całkiem. Dołem biegnie aforystyka, którą przytaczamy: „Rzeczą milicji jest wykrywać sprawy pozornie niemożliwe do wykrycia”. I rewelacja: „Ciężkie jest życie żonatego mężczyzny”.  Dalej, dalej: „Stare grzechy uderzają niekiedy w człowieka rykoszetem”. Znajdźcie mi kogoś, kto się z tym nie zgodzi. Czasami trzeba czytelnikowi wyłożyć rzecz na rowie. Ot, przykład. „A przecież jest dopiero czwarta rano. Do siódmej daleko. Całe trzy godziny”. Jak by kto nie umiał zliczyć do trzech. Służby meteo w gotowości. Bywa, że jak kogo piorun kulisty w łeb nie rąbnie, to rzeczony nie zauważay, że pada. „Raz po raz horyzont rozświetlają błyskawice. — Będzie burza — mówi Fetecki i przymyka okno”. Odkrył. Huknęło.

Jeśli chodzi o krajobraz, to Orzeszkowa idzie tu w zawody Mniszkówną. „Liście sypią się na drogę brunatnym deszczem”. Zdarzają się obserwacje nagłe: „Ściany czerwienią się w słońcu”.  Czerwone ściany, jak w moich sennych koszmarach.

Wreszcie powiew wspomnień. Mamy więc samochód wartburg: „niebieska mgiełka spalin znika za obserwowanym autem”. Kto jeszcze pamięta ten siny dym, ciągnący się za rurą dwutaktu?  No i refren z klatki schodowej: „Znowu nie wymieniono przepalonej żarówki”. Są nawet nostalgie poetyckie. „Nie głaskało go życie po głowie…” – refren z Broniewskiego.

I wreszcie twarda milicja. Jak by ktoś zapomniał: „My, milicjanci, mamy swój sposób patrzenia na pewne zdarzenia i określonych ludzi”. Tekst, że proszę siadać. Nie wierzycie?  Czytajcie dalej. „Altar okazuje mu legitymację. Mężczyzna siada z wrażenia”. Udsiadł i siedzi. A my z nim. Jak usiedliśmy, tak siedzimy. Dotąd.