Sobowtór profesora Rawy – Iza Desperak 5/2012

  • Autor: Szklarski Alfred
  • Tytuł: Sobowtór profesora Rawy
  • Wydawnictwo: Śląsk
  • Seria:
  • Rok wydania: 1968
  • Nakład: 50140 (wydanie III)
  • Recenzent: Iza Desperak

Sobowtór profesora Rawy to jedna z największych przygód mego dzieciństwa. Straszna ramotka, gdzie na polski wynalazek polują szpiedzy obcych mocarstw, a szpiegowską szajkę rozpracowuje grupa dzieciaków, to schemat beznadziejnie passe, nawet w tak mistrzowskim wykonaniu jak we wczesnych utworach Niziurskiego.

Wczesną propagandę sukcesu reprezentuje rewolucyjny wynalazek polskiego naukowca, na który czyhają źli imperialiści.
Dzieciaki to z kolei czwórka niezrzeszonych wprawdzie, ale kultywujących harcerskie cnoty niczym rycerski etos — mamy tu więc do czynienia z propagandową promocją tej paramilitarnej organizacji. Obecność jednej dziewczyny w tej grupie pozwala na zręczne operowanie kliszami stereotypów płci przez autora i ich — znów propagandowe? — przełamywanie. Schemat młodzieżowej powieści szpiegowskiej przełamany jest przez wątki fantastyczne: wynalazek tytułowego profesora Rawy, choć przedstawiany jako następstwo rozwoju cybernetyki, jest całkowicie niewyobrażalny poza konwencją science — fiction: jest to człekopodobny robot, doskonały sobowtór swego wynalazcy, całkowicie nieodróżnialny od swego stwórcy. Podobieństwo było tak perfekcyjne, że nawet syn profesora, który zaczyna samodzielnie sterować Robem, nie potrafi odróżnić robota od własnego ojca. Kilkadziesiąt lat po pierwszym wydaniu tej książki, i kilkadziesiąt lat po tym, jak ją po raz pierwszy przeczytałam, słowo stało się ciałem: japoński wynalazca Hiroshi Ishiguro skonstruował androida, który jest jego kopią tak udaną, że postronnym trudno jest się zorientować czy mają do czynienia z robotem czy jego twórcą (por. http://wyborcza.pl/1,75400,10809474,Ja_i_moj_robot.html#ixzz1jXecmITp).
Nawiasem mówiąc, dużo bardziej rewolucyjny niż sam robot jest moim zdaniem wynalazek bezprzewodowego pilota, który służy do sterowania robotem skonstruowanym przez profesora Rawę. O ile dziś roboci sobowtór profesora Ishiguro  tylko jeden, i być może jego medialny wizerunek jest lekko podretuszowany, to bezprzewodowym pilotem posługujemy się na co dzień nie zdając sobie sprawy z tego, że jeszcze dla poprzedniego polonia należał do sfery wyobrażeń science — fiction.
Ta szpiegowsko — fantastyczna historyjka zestarzała się tak bardzo, że dziś ma posmak retro, jak opowieści o Sherlocku Holmesie czy Tomku Wilmowskim. Jednak kilkunastoletni syn koleżanki połknął książkę jednym haustem, nie zważając na jej starodawność. Przyznam, że sama wciąż do niej wracam i znajduję w tym nie tylko powrót do idyllicznych klimatów własnego dzieciństwa, ale i autentyczną czytelniczą przyjemność. Książka jest po prostu świetnie literacko napisana, a sensacyjny wątek skonstruowany kunsztownie.
Czwórka  przyjaciół  spędza wakacje próbując między innymi pognębić obozujących nieopodal harcerzy. To wątek młodzieńczej przyjaźni i męskiej konkurencji opartej na zasadach fair play. Ojciec wynalazca i skonstruowany przez niego robot to początkowo tło dla młodzieńczej przygody, i okazja do poedukowania młodego czytelnika, dziś przestarzałej i trącącej dydaktycznym smrodkiem –ale czy dzieci w szkole na informatyce uczy się o cybernetycznym żółwiu? Seria tajemniczych wydarzeń, która następuje po wyjeździe profesora Rawy, początkowe nie jest rozpoznawana przez dzieci jako zagrożenie — tak jak w porządnym horrorze czy opowieści grozy. Długo podejrzewają szukający być może odwetu harcerzy  o autorstwo dziwnych wydarzeń — oczywiście niesłusznie. Gdy orientują się, że muszą stawić czoła niebezpieczeństwu — nie są sami, mają bowiem Roba. A w końcu okazuje się, że profesor Rawa też czuwał z oddali — więc przygoda tak, walka ze złoczyńcami też, ale pod troskliwa opieką dorosłych.  Lekturę czyni(ły) edukacyjną liczne wtręty wprowadzić mające młodego człowieka w świat cybernetyki. Dziś są raczej przestarzałe, a ilustracje mają wyraźnie oldskulowy charakter, ale zdaje się że nawet dzisiejsza młodzież urodzona z klawiaturą i joystickiem mogłaby się z nich dowiedzieć tego, czego nie nauczą się w szkole. Choć ton wykładów Szklarskiego, znany doskonale z kolejnych przygód Tomka, jest przyciężkawy, ja wciąż przypominam sobie te nudne wtręty rozwiązując krzyżówkę lub oglądając film przyrodniczy i zżymając się na niewiedzę tłumacza. Mam wrażenie, że wydawane mniej więcej wtedy gdy ujrzałam świat dzieła były poddane solidniejszej redakcji naukowej niż programy na Animal Planet.