Bieniasz Ewa – Śmierć wraca w góry 69/2012

  • Autor: Bieniasz Ewa
  • Tytuł: Śmierć wraca w góry
  • Wydawnictwo: Radwan
  • Rok wydania: 2011
  • Recenzent: Marek Ciaś

ŁUNY W BIESZCZADACH RAZ JESZCZE

Zaiste niełatwo być członkiem klubu Mord! Nasz Prezes co jakiś czas wyciąga z zanadrza nowe pozycje do zrecenzowania no i trudno się oprzeć pokusie.
Dziełko pod tytułem „Śmierć wraca w góry” nadesłała do klubu sama Autorka – Ewa Bieniasz. Po pierwszych kilku stronach lektury trudno się zorientować, czy aby na pewno spełnia ona wymogi gatunku. Wygląda raczej na powieść obyczajową z rozbudowanym wątkiem historycznym. Na szczęście dalej akcja się rozkręca, pojawia się kilka trupów i oczywiście dzielni funkcjonariusze milicji.
Skąd skojarzenie z „Łunami w Bieszczadach” Jana Gerharda – jedynie słusznym dziełem w okresie PRL, które w sposób zgodny z oczekiwaniami ówczesnych władz opisywało konflikt polsko – ukraiński na południowym wschodzie Polski? Otóż akcja powieści Ewy Bieniasz też toczy się w tym rejonie i generalnie dotyczy tej samej problematyki. Wprawdzie szczegóły topograficzne autorka utajnia i używa enigmatycznych sformułowań typu „Góry”, „Miasteczko” czy „Miasto” łatwo jednak zorientować się, że chodzi właśnie o Bieszczady lub Beskid Niski.
Cała intryga skupia się wokół dziewczyny o imieniu Krystyna, która pochodzi z tych stron i próbuje odnaleźć swoje korzenie. Wywołuje to szereg niespodziewanych wypadków, odżywają dawne animozje i w rezultacie kilka osób traci życie.
Akcja toczy się głównie w latach 60 ale gdyby nie informacja na okładce trudno byłoby się zorientować. Warstwa obyczajowa jest zarysowana słabo a postacie wydają się nieco bezbarwne. Nawet intryga miłosna prowadzona jest dość przewidywalnie i łatwo zmierza do spodziewanego końca. Mimo to w lekturze można znaleźć zadowolenie a wraz z rozwojem akcji książka wciąga coraz bardziej i czytelnik jest ciekawy ostatecznego rozstrzygnięcia.
Główny „szwarccharakter” okazuje się oczywiście Ukraińcem i to dawnym banderowcem. Nie jest to wątek obcy powieści milicyjnej a szczególnie jej nurtowi, który można określić sformułowaniem „ślad prowadzi w przeszłość”. Wraża postać, dawny esesman lub banderowiec po wojnie udaje uczciwego człowieka, pełni nawet eksponowane stanowiska ale w głębi duszy jest ciągle szubrawcem i łotrem i to nierzadko na usługach „wiadomych ośrodków za pieniądze CIA”. Tu należy oddać sprawiedliwość autorce, że przynajmniej oszczędziła nam wątku szpiegowskiego. No ale w końcu mamy rok 2012, a nie 1960 czy 1970…
Zatem głównym motywem działań zbrodniarza okazuje się zemsta osobista, co może wydawać się nieco naciągane, no ale w końcu różne demony drzemią w człowieku….
W książce pojawia się kilku funkcjonariuszy MO. Przede wszystkim obsada posterunku w Miasteczku czyli porucznik Lipka i sierżant Kwiatkowski. Przez lata wiedli oni spokojne a nawet rzec można gnuśne życie: „Ludzie żyli tu godnie i bezgrzesznie nie przyczyniając milicji kłopotów. Czasem bójka weselna (…) alarmu narobiła, czasem po sąsiedzku coś ktoś komuś podwędził…” s. 83  A tu nagle dwa trupy… Nic dziwnego, że chłopaki wpadają w panikę… Porucznik Lipka jest zresztą dość konserwatywny: „Ja tam zresztą, przyznam się panu, w odciski palców i te różne duperele nie bardzo wierzę. To już nie te czasy, dziś wszyscy świadomi i sprytni się zrobili, że nawet szczeniaki kamieniami w rękawiczkach rzucają (…)” s. 89. Brakuje bliższych informacji o tych postaciach, żaden z nich nie jest krwistym bohaterem na miarę kapitana Szczęsnego czy majora Downara. Do pomocy komenda w Mieście przysłała kapitana Ludwika Czernika – postać równie nijaką jak jego miejscowi koledzy po fachu. Nasuwa się tu skojarzenie raczej z funkcjonariuszami z dzieł Ziemskiego czy Wojta – wiadaomo, że jacyś byli ale nawet z nazwisk nikt ich nie pamięta.
Na koniec drobna uwaga historyka, rzecz można warsztatowa. Autorka konsekwentnie używa w stosunku do oddziałów UPA określenia „bandy”. Tak rzczywiście nazywano tę formację w książce Gerharda i w ogóle w czasach PRL. Były zresztą także „bandy reakcyjnego podziemia” czyli WIN. Obecnie poważni historycy używają raczej określenia „partyzantka ukraińska” . Chodzi tu głównie o oddanie wielkości i skali zorganizowania tej formacji a nie o kwestie emocjonalne, bo działalność UPA oczywiście nadal wywołuje liczne kontrowersje.
Pozycja świetnie nadaje się do lektury w podróży – przeczytałem ją podczas 6 godzinnej tułaczki po remontowanym szlaku Trójmiasto – Warszawa w pociągu „Słoneczny” podczas powrotu z wakacyjnych wojaży, co polecam także innym, gdyż podróże naszymi kolejami wymagają morza cierpliwości.