Kryminalista – Iza Desperak 18/2011

  • Autor: Głębski Jacek
  • Tytuł: Kryminalista
  • Wydawnictwo: L&L
  • Seria:
  • Rok wydania: 2001
  • Nakład:
  • Recenzent: Iza Desperak

Kryminalista  Jacka Głębskiego to nie powieść milicyjna, ale więzienna. Autor, który wcześniej (w Kuracji) przybliżał czytelnikom świat szpitala psychiatrycznego, tym razem wprowadza ich w reguły życia za kratami. Kluczem do ich zrozumienia jest poznanie grypsery — języka grypsujących, oraz ich kultury, której język jest tylko jednym z elementów.
Fabuła to historia nauk, jakie młodemu więźniowi — byłemu studentowi polonistyki – wykłada doświadczony git człowiek, były polonista. Drugą warstwę fabularną stanowi historia zmian statusu obu więźniów. Młody (ksywa „Wydra”) gdy trafia do celi jest nikim, ale dzięki naukom swego preceptora szybko uczy się reguł, dzięki czemu awansuje w więziennej nieformalnej strukturze. Z kolei jego nauczyciel (ksywa „Cichy”), który  na początku książki jest jednym z wyżej stojących w hierarchii, w finale trafia na samo jej dno.
Niestety, książka jest słaba fabularnie, i czyta się ją jak popularny podręcznik. Przypomina nieco przygoda Tomka Wilmowskiego, do których autor, Alfred Szklarski, wpychał gdzie się dało wiedzę z dziedziny botaniki, geografii i antropologii, okraszoną łacińskimi nazwami, ilustracjami i przykładami z życia egzotycznych ludów. O ile mimo to przygody Tomka czytało się z zapartym tchem (pomijając niekiedy nieznośne dłużyzny encyklopedyczno — dydaktyczne), o tyle przygody Wydry i Cichego albo nie są równie fascynujące, albo Głębski nie posiadł sprawności literackiej Szklarskiego. Choć autor pisze z perspektywy więźnia, odtwarza charakterystyczną manierę paranaukowych opracowań na temat subkultury więziennej, przypominającą opisy życia dzikich w buszu jakie znamy z początków antropologii. Nic dziwnego, autor opierał się o takie właśnie źródła, sam zdradza, że posiłkował się Słownikiem tajemnych gwar przestępczych Klemensa Stępniaka, a gwarę więzienną swych postaci wzbogacił o elementy występujące w więzieniach w Łodzi, Piotrkowie i Łęczycy. Jako dziennikarz zna zapewne życie, i miał pewnie wielu informatorów, więc mikroświat więzienia przedstawiony jest dość wiernie, choć niestety nudno i schematycznie. Zdecydowanie wolę więzienne wspomnienia Stefana Niesiołowskiego, który opisuje własne doświadczenia, także dylematy relacji z grypsującymi, gdzie mniej mędrca szkiełka i oka, ale czyta się jakoś lepiej. Ze względu na słabość warsztatu literackiego autora nie udało mi się też namówić nikogo z więziennym doświadczeniem do weryfikacji rzetelności opisu więziennego świata .
Mimo tych słabości, książka Głębskiego może być pouczająca. Opis reguł życia „pod celą” jest nieco barwniejszy niż w różnych opracowaniach wrzucanych do internetu przez piszących i kopiujących prace studentów. Bez osłonek pisze Głębski o homoseksualizmie więziennym i roli cweli, barwnie opisuje też, jak do aktu przecwelenia dochodzi. Być może czytelnik, który jak Wydra nagle z uczelni trafi do więzienia, może ją potraktować jako instruktaż jak przecwelenia się ustrzec. Głębski — jako jeden z nielicznych — pokazuje też, że akt przecwelenia frajera umieszcza go na samym dnie więziennej hierarchii poprzez symboliczne zamienienie w kobietę, choćby przez zwracanie się do niego w formie żeńskiej. Wyjaśnia to, dlaczego poza więziennymi murami słowo cwel wpisywane na murach w odniesieniu do kibiców drużyny przeciwnika ma (miało?) równie porażające działanie co inne inwektywy sugerujące, że zajmują się oni( lub ich matki) prostytucją.
Niesiołowski w Wysokim brzegu opisuje proces przechodzenia w latach 70-tych wyrażeń więziennych i elementów więziennej subkultury do sfery kultury mainstreamowej (nawiasem mówiąc mechanizm taki dotyczy wszystkich subkultur). Jeśli tak się rzeczywiście od lat dzieje, to można by w tym zjawisku upatrywać źródła czy paliwa dla współczesnej homofobii.
Motyw przecwelenia gra też rolę w jednym z ciekawszych wątków książki: historii wystawienia w więzieniu Romea i Julii, gdzie planuje się odegranie symbolicznego przerobienia na kobietę jednego z „aktorów”. Szekspirowski tekst przetłumaczony na grypserę też robi wrażenie. Dialog Romea z Julią wygląda więc następująco:
„Cóż to. Lala, tańczysz z tym frajerem?
Toż to git — człowiek, ja, Romeo,
Z tobą klawo mieszać powinienem[…]”
Na co Julia ( a raczej w więziennej adaptacji Mańka) odpowiada:
„Dziargana graba niczym jest, mój waflu,
Gdy szama gitnie o zabawie prawi,
Nawijka twoja zawraca mi w kaflu
I czuję, że mnie niekiepsko zabawisz.” (s. 104-105)
Sądzę, że autor powinien swą karierę literacką oprzeć na znajomości grypserki i talencie poetyckim, i przedstawić nie takie świetnie i zabawnie przerobione fragmenty w średnio napisanej powieści, ale przetłumaczyć całego „Romea i Julię”, opatrzyć słownikiem gwary przestępczej, i wydać.