Jesteś tylko diabłem – Marzena Pustułka 62/2011

  • Autor: Joe Alex
  • Tytuł: Jesteś tylko diabłem
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Kraków
  • Seria:
  • Rok wydania: 1990
  • Nakład:
  • Recenzent: Marzena Pustułka

 Okładka z 1977 roku

Czy istnieje zbrodnia absolutna?

Oto  przed nami kolejny, świetnie napisany kryminał autorstwa Joe Aleksa, czyli po prostu zakamuflowanego Macieja Słomczyńskiego. Jak zawsze intrygujący tytuł, pochodzący z dzieła „Narodziny Merlina” wydanego po raz pierwszy w 1612 r.  , którego współautorstwo przypisuje się Szekspirowi.

Wspaniały cytat: „Za mało sił masz, jesteś tylko Diabłem. Odrzuć kształt ludzi i oddal się pełznąc na brzuchu twoim  cętkowanym, wężu! Siła mych zaklęć rządzi nawet piekłem. Ty pierwszy poznasz moc ich…” wprowadza nas z miejsca w tematykę książki. Dobrym wstępem  do kryminalnej intrygi są filozoficzno-mistyczne rozważania Joe Aleksa na temat zbrodni absolutnej ( doskonałej ?), która wg niego nie istnieje, gdyż przestępca zawsze pozostawia ślady, mniej lub bardziej widoczne, i detektyw ( obojętnie milicjant, policjant czy amator ) po wnikliwej analizie zawsze znajdzie zbrodniarza. Autorem zbrodni absolutnej , bez pozostawienia śladów, tropów i innych punktów zaczepienie mógłby -wg autora – być tylko sam diabeł, a przecież tak naprawdę w dzisiejszych czasach nikt  nie wierzy naprawdę w możliwość diabelskiej interwencji. I tu tak do końca nie zgodziłabym się z autorem, ponieważ historia zna wiele takich  przypadków, gdy pomimo dużej ilości śladów i tropów (  może właśnie dlatego ?)  nigdy nie udaje się zatrzymać i ukarać zbrodniarza. Przypomnijmy chociażby zabójstwo Komendanta Głównego Policji czy porwanie i zamordowanie syna znanego biznesmena. Czy to nie są zbrodnie doskonałe? Chociażby metodą „cudzymi rękami”? A książkę o zbrodni absolutnej, kiedy nigdy nie odkryto by sprawcy , gdyby nie jego pośmiertne wyznanie napisał nikt inny jak sama Agata Christie („Dziesięciu Murzynków”). Tyle teorii i praktyki kryminalistycznej.  Wracamy do recenzji.
Akcja książki rozpoczyna się w momencie gdy Joe Aleksa odwiedza znany adwokat Alexander Gilburne w towarzystwie młodego architekta Tomasza Kempta. Panowie serwują detektywowi zadziwiającą opowieść o niezwykłych wydarzeniach rozgrywających się w starej posiadłości w Norfolk, w trakcie których umiera ( prawdopodobnie śmiercią samobójczą ) jedna z dziedziczek majątku i narzeczona sir Alexandra.  Jej śmierć nie kończy jednak sprawy, gdyż lawina dziwacznych wypadków toczy się dalej. Wszyscy panowie czują, że wydarzy się jeszcze coś tragicznego, chociaż poczucie to nie jest poparte żadnymi materialnymi dowodami. Wydaje się, że sprawcą tajemniczej śmierci i pozostałych wydarzeń jest rzeczywiście sam Diabeł. Wydaje się to o tyle prawdopodobne, że zamek w którym rozgrywają się wypadki leży w pobliżu wioski znanej najbardziej z tego, że w XVII wieku powieszono tam ostatnie kobiety posądzane o konszachty z Księciem  Ciemności, a przodek właścicieli zamku był „naocznym” świadkiem zbrodniczych praktyk. To właśnie na skutek jego zeznań ( oraz jego wiernych służących ) kobiety zostały poddane okrutnym torturom i skazane na śmierć. Tylko jedna z nich , najgorsza,  nie przyznała się do winy, za to stojąc już na szubienicy wykrzyczała, że faktycznie  jest pierwszą kochaną Lucyfera i przeklęła swojego dręczyciela i jego potomków do dziesiątego pokolenia. A właśnie zmarła Patrycja i jej brat są w prostej linii jego potomkami w dziesiątym pokoleniu. Na dodatek jedna z ich pokojówek jest z kolei potomkinią  owej „pierwszej damy Lucyfera”! Uff, mówię wam, samej robiło mi się gorąco od tych satanistycznych praktyk, i gdybym była na miejscu Joe Aleksa, nie wiem czy nie uwierzyłabym w istnienie Diabła. Na szczęcie Joe Alex nie uwierzył i z pomocą całego swojego intelektu prowadzi śledztwo, chociaż w początkowej fazie nie bardzo wiadomo, co miałoby  być jego przedmiotem. Pojawi się jeszcze jeden trup i kilka wątków pobocznych, jednak w końcu detektyw – pisarz  doprowadzi do zdemaskowania zbrodniarza, a przy okazji wyjaśni motywy i sposób jego działania. I znowu nie możemy wyjść z podziwu nad przenikliwością detektywa, jednocześnie dziwiąc się, że sami na to nie wpadliśmy. Wszystko wydaje się takie proste, gdy autor krok po kroku wyjaśnia kolejne wydarzenia i omawia tok swojego rozumowania. Po raz kolejny okazuje się, że jeśli wyeliminuje się wszystko co nie może być prawdą, to prawdziwe jest to , co pozostaje, chociażby było jak najmniej prawdopodobne. Książkę polecam, oczywiście.