Dżem z czarnych porzeczek – Jacek Szmańkowski 155/2011

  • Autor: Zeydler-Zborowski Zygmunt
  • Tytuł: Dżem z czarnych porzeczek
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 70
  • Rok wydania: 1974
  • Nakład: 100275
  • Recenzent: Jacek Szmańkowski

Zabójcze łakomstwo czyli fioletowe nitki wskazują mordercę

W styczniu bieżącego roku minęła setna rocznica urodzin Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, jednego z najbardziej zasłużonych twórców polskiej powieści milicyjnej par excellence.

Jego bogata spuścizna literacka obejmuje kilkadziesiąt tytułów z których część w wersji książkowej ukazała się niedawno po raz pierwszy dzięki wysiłkom klubu Mord (Seria z Warszawą) oraz wydawnictwu LTW. Wcześniej gościły na łamach różnych gazet drukowane jako powieści w odcinkach. Zygmunt Zeydler-Zborowski jest niekwestionowanym liderem pod względem ilości zeszytów wydanych w popularnej serii „Ewa wzywa 07”.

„Dżem z czarnych porzeczek” to jedna z jedenastu pozycji autora, które ukazały się w tym zbiorze. Akcja opowiadania początkowo toczy się w anonimowej miejscowości letniskowej, dawnego województwa gdańskiego. W pokoju pewnego  pensjonatu zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Denat to Mieczysław Kozielski, niezbyt wzięty kompozytor piosenek, który nad morzem bawił wraz z żoną. Charakterystyczna woń gorzkich  migdałów nie pozostawia wątpliwości, mężczyzna poniósł śmierć wskutek otrucia cyjankiem potasu. Do prowadzenia śledztwa zostaje oddelegowany major Zielniak z Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku, stary wyga śledczy, a sekunduje mu porucznik Morawski, świeżo upieczony adept wydziału prawa. Już pobieżne oględziny zwłok wskazują, iż trucizna znajdowała się w dżemie z czarnych porzeczek. Takie danie feralnego poranka serwowano kilku pensjonariuszom na śniadanie, jednak Kozielskich uraczono dżemem malinowym. Milicjanci ustalają, że zmarły był wielkim amatorem wszelkich słodyczy i zdarzało się, że podjadał różne łakocie pozostawione na tacach przez innych gości. Na tej podstawie śledczy konkludują, jeśli kompozytor nie popełnił samobójstwa to w takim razie padł ofiarą własnego łakomstwa spożywając śmiercionośne danie przeznaczone dla innej osoby. Zagadką pozostaje kto był właściwym celem ? Czy mordercy należy szukać wśród gości, bądź personelu pensjonatu ?

Jedną z potencjalnych ofiar jest Andrzej Ślewicki, człowiek cierpiący na liczne dolegliwości w tym m.in. na nadkwasotę żołądka, która uniemożliwia mu spożywanie słodyczy. Dwie kolejne osoby to poetka Cecylia Gruszecka i Henryk Zewert, młody mężczyzna „zarabiający dorywczo”. Pomimo tego, że obojgu w porannym menu podano dżem z czarnych porzeczek, żadne z nich nie skusiło się na ten specjał. Henryk Zewert kieruje uwagę milicjantów na dziewczynę o imieniu Izabela twierdząc, że po tym kiedy z nią zerwał urządziła mu awanturę grożąc m.in. otruciem. Rozmowa z Izabelą Czernicką przynosi rewelacje, okazuje się, że młoda kobieta była świadkiem rozmowy pomiędzy swoim byłym przyjacielem, a Gruszecką z której wynikało, że kiedyś nie tylko łączyła ich intymna więź, ale również jakieś ciemne interesy.

Tymczasem pensjonariusze wracają do domu, a ponieważ główne dramatis personae pochodzą z Warszawy dalszy ciężar prowadzenia śledztwa spada na barki stolicy. Do akcji wkraczają major Walczak oraz porucznik Olszewski i sierżant Pakuła, którzy tym razem będą musieli się uporać z wykryciem mordercy bez pomocy majora Downara. Na pogrzebie Kozielskiego u boku nieutulonej w żalu wdowy pojawia się tajemniczy inżynier Tomasz Walder, człowiek o kamiennej twarzy, kolejna obok Izabeli Czernickiej osoba mająca z racji wykonywanego zawodu łatwy dostęp do cyjanku potasu. Warszawscy śledczy mozolnie gromadzą informacje, udaje im się ustalić że Cecylia Gruszecka zajmuje się niezbyt legalnym handelkiem, a poza tym lubi młodych chłopców i w swoim mieszkaniu najprawdopodobniej zorganizowała dom schadzek. Zaskakujące są również wiadomości uzyskane na temat Henryka Zewerta, okazuje się, że ten złoty młodzieniec szantażował inżyniera Waldera. Jednak majora Walczaka najbardziej intrygują okoliczności tragicznej śmierci Ryszarda Gondara, pierwszego męża Kozielskiej, który zginął pięć lat wcześniej w wypadku samochodowym podczas wycieczki do Jugosławii oraz nagłe źródło wzbogacenia się Andrzeja Ślewickiego, prowadzącego wystawny tryb życia, utrzymującego się jak sam twierdzi z lansowania młodych talentów piosenkarskich.

Zwłoki Ślewickiego zostają wkrótce znalezione w jego mieszkaniu i podobnie jak w przypadku Kozielskiego przyczyną śmierci jest otrucie cyjankiem potasu. Do roli jednej z głównych podejrzanych pretenduje Cecylia Gruszecka. Widzianą ją jak w pośpiechu krótko przed ujawnieniem zabójstwa wybiegała z budynku zamieszkiwanym przez denata. Zainteresowanie śledczych koncentruje się również na osobie Waldera, którego odciski palców zostają znalezione na miejscu drugiej zbrodni oraz w nadmorskim pensjonacie, w pokoju wynajmowanym przez Ślewickiego. Jednak spośród wszystkich śladów zabezpieczonych w Gdańsku i w Warszawie major Walczak największą wagę przywiązuje do nitek z fioletowego, moherowego swetra, które wraz z pewnymi informacjami ostatecznie demaskuję mordercę.

„Dżem z czarnych porzeczek” to moim zdaniem jedna z nieco mniej udanych pozycji w dorobku Z. Zeydlera-Zborowskiego. Wywołuje to pewne zdziwienie, gdyż inne zeszyty wydane w serii „Ewa wzywa 07”  dowodzą, że pisarz znakomicie sobie radził z krótszą formą literacką i na tym tle prezentuje się znacznie lepiej niż większość autorów. Zastrzeżenia budzi przede wszystkim schematyczna fabuła, która w przeważającej mierze ogranicza się do nieustannego prowadzenia rozmów z tymi samymi osobami co powoduje, że całość nabiera bardzo statycznego charakteru i na dłuższą metę jest nużące. Drugie zabójstwo tylko w niewielkim stopniu ożywia akcję, zwłaszcza, że nie jest czymś niespodziewanym. Przy tej okazji autor w żaden sposób nie wyjaśnia w jaki sposób ofierze podano truciznę bądź zmuszono ją do jej zażycia. Ślewicki po rozmowie z majorem Zielniakiem wiedział, że śmierć Kozielskiego była przypadkowa i że to on sam mógł być potencjalnym celem mordercy, a tym samym powinien mieć się na baczności.

Reasumując polecam wszystkim klubowiczom i nie tylko „Dżem z czarnych porzeczek”, ale do konsumpcji, jako lektura to potrawa mniej strawna.