Błąd porucznika Kwaśniaka – Norbert Jeziolowicz 132/2011

  • Autor: Gordon Barbara
  • Tytuł: Błąd porucznika Kwaśniaka
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 128
  • Rok wydania: 1983
  • Nakład: 150000
  • Recenzent: Norbert Jeziolowicz

Mister przeciętności występuje w  książce telefonicznej

Nawet najbardziej zasłużony literat może mieć swój słabszy dzień. Co prawda, Barbara Gordon nawet tak znowu bardzo zasłużoną  autorka nie była, ale jednak co najmniej kilkanaście utworów milicyjno-kryminalnych popełniła.

Jako autorce aktywnej i płodnej jakiś szacunek  się jej należy, ale z drugiej strony chyba nikt nie wymieni jej w gronie Wielkiej Trójki literatury milicyjnej i można ją w najlepszym wypadku uznać ją za konsekwentnego twórcę drugoligowego. A jeszcze z kolejnej strony należy także przyznać, że uniknęła dwuznacznej sławy Anna Kłodzińskiej, która zyskała co prawda większe nakłady i popularność, ale szczególnie po latach autorka ta kwalifikowana jest przeze mnie raczej do kategorii mniej lub bardziej kuriozalnych przykładów uporczywego kontynuowania tradycji powieści socrealistycznej w stylu lat pięćdziesiątych nawet wbrew woli chyba samej PZPR. A  Barbara Gordon jednak godność  osobistą do końca zachowała.

Ale z drugiej strony, 128 zeszyt Ewy jednak pozwala zrozumieć dlaczego Pani Gordon nigdy nie awansowała do pierwszej ligi pisarzy milicyjnych. Niby wszystko jest w porządku: nawet fabuła pasuje, a cześć akcji nawet rozgrywa się w Wiedniu (a element zachodnioeuropejski zawsze pobudzał wyobraźnię peerelowskich czytelników), intryga kryminalna  pretendować może do kategorii tych bardziej wyrafinowanych  i nawet jednym  z chwilowych bohaterów jest patolog, co było rzeczą niezwykle rzadką, ale czytelnicy od razu poczują, że czegoś tutaj brakuje, aby z wielu wyśmienitych składników powstało naprawdę genialne danie.

W mojej opinii, pierwszy podstawowy problem w przypadku „Błędu porucznika Kwaśniaka” leży w tym, że autorce nie udało się na mnie przekonać, że taka historia mogła się wydarzyć naprawdę. I o dziwo dzieje się tak pomimo wyraźnego wskazania na nawiązywanie do rzeczywistych wydarzeń. Morderstwo jeszcze trzyma się  jakoś ram prawdopodobieństwa, ale już element złodziejsko-przemytniczy zdecydowanie granice zdrowego rozsądku przekracza. Drugi z podstawowych problemów  tego zeszytu polega na zbyt nonszalanckim podejściu do fabuły oraz typów ludzkich, których jak na skromnej objętości zeszyt Ewy jest po prostu zbyt wiele zarysowanych, ale żadnego nie próbowano pogłębić na poważnie. Wywołuje to nawet  u tak życzliwego czytelnika jak autor niniejszej recenzji uczucie chaosu. Trzeci błąd jest już popełniany częściej, ale jednak przez autorów dużo niższych lotów niż Barbara Gordon i dotyczy on pominięcia w samej powieści istotnych  fragmentów śledztwa, które zostają ujawnione dopiero w finałowej  scenie wyjaśniającej wszystkie zagadki. Ja w takich przypadkach czuję się oszukany przez pisarza, ponieważ monolog jednej z postaci na trzech ostatnich stronach zastępuje proces rozwiązywania  zagadki, a to przecież powieść milicyjna, a nie sucha notatka prasowa.

Już sam tytuł powieści wskazuje, że głównym bohaterem powinien być porucznik Kwaśniak. Ale jak może skoncentrować  uwagę czytelników ktoś określany  jako „mister przeciętności” ? Aby już zacytować fragment  z rozszerzającym opisem to był on  „ani niski, ani wysoki, ani  gruby, ani chudy, twarz w tłumie nie do odróżnienia i nie do rozpoznania. I na dodatek po rozwodzie mieszka z dominująca i srogą matka, która grozi niemalże wydziedziczenie, gdy spóźni się na obiad i kartoflanka nadaje się tylko do wylania. Słuszny więc Barbara Gordon postanowiła dostarczy
nam większej ilości równorzędnych bohaterów, ale jednak zeszyt Ewy nie ma objętości trylogii pełnowymiarowych powieści i w konsekwencji zaczyna on przypominać książkę telefoniczną: niezła obsada, ale sama akcja jakoś nie bardzo może się skleić.

Ciekawa sprawa to także tytuł. Najczęściej  przyzwyczaja się nas, że w to właśnie tytuł symbolizuje rzeczy istotne dla powieści. Tym razem jest nieco inaczej. Owszem, porucznik Kwaśniak rzeczywiście popełnia błąd, jednak w porównaniu z piramidalną pomyłką mordercy stanowi właściwie drobiazg. Sam zbrodniarz staje się przez swoje roztargnienie  niemalże postacią z antycznej tragedii walczącą z fatum i  skazaną na śmierć w finale. I kończy on w dodatku życie w biedzie i na obczyźnie. Ten brak doskonałości przestępcy zresztą jest rozwiązaniem dość zaskakującym i brawurowym literacko, ale niestety w moich przynajmniej oczach nie podniesie wartości tego zeszytu. Nie będą zdradzał o jaki błąd chodzi, ponieważ zniszczyłbym tym nawet  tę częściową satysfakcję innych potencjalnych czytelników tego zeszytu. W końcu długie jesienne i zimowe wieczory już się zbliżają i „Błąd porucznika Kwaśniaka” z pewnością stanowi niezłą alternatywę dla nudnego programu telewizyjnego.

Jest też w tej powieści kilka drobiazgów, których nie rozumiem: dlaczego złotą studukatówkę ukradziono „jakiemuś cudzoziemcowi” na Festiwalu Opolskim ? Przecież to chyba powinien być Festiwal w Sopocie! Co dewizowy gość miał robić na Festiwalu Polskiej  Piosenki?! I trudno sobie wyobrazić, aby tak cenna moneta została skradziona w zachodnioniemieckim muzeum, a następnie trafiła w latach 80-tych akurat do Polski. Nie daję też wiary temu, iż Zarząd Muzeów nie był w stanie znaleźć w całej Warszawie ani jednego archeologa czy numizmatyka i z tego powodu śledztwo zawiesiło się na kilka dni. A to właśnie dopracowanie takich szczegółów buduje szacunek do autora.

No i jeszcze jedna sprawa: przestępcy w powieści  wyceniają złotą studukatówkę Zygmunta III Wazy na 150.000 dolarów. Do tego dochodzi – oczywiście – jeszcze wartość ludzkich istnień, które zostały zniszczone  w celu jej zdobycia.  Sprawdziłem jej aktualną wartość: otóż w 2008 roku na nowojorskiej aukcji  jej egzemplarz  zlicytowano za rekordową kwotę 1.380.000 USD. To największa i najpiękniejsza złota moneta, jaką kiedykolwiek wyemitowano w Europie, a było to w 1621 roku w Bydgoszczy. Jednocześnie jest to jedna z najdroższych monet na świecie.

I w ten oto  sposób spełniamy także stary pedagogiczny postulat, aby „bawiąc uczyć”.