We mgle – Norbert Jeziolowicz 127/2010

  • Autor: Ołdakowski Marek
  • Tytuł: We mgle
  • Wydawnictwo: Telbit
  • Seria:
  • Rok wydania: 2008
  • Nakład:
  • Recenzent: Norbert Jeziolowicz

Pracowite wczasy porucznika Skonara

Jednym z problemów każdego członka naszego Klubu jest fakt, że nie za bardzo zostaje nam jeszcze czas na czytanie współczesnej polskiej prozy kryminalnej. Ciąży bowiem nad nami  moralny obowiązek czytania oraz upamiętniania powieści milicyjnej, która niestety zniknęła z powierzchni ziemi w tej formule razem z poprzednią, słusznie minioną formacja społeczno-gospodarczo-polityczną. Jak mogę zresztą obserwować,w ciągu ostatniego roku, recenzje powieści  dziejących się „tu i teraz” zdarzają się na forum klubowym raczej incydentalnie.

I z tych właśnie powodów  bardzo zainteresowała mnie powieść Marka Ołdakowskiego “We mgle”, która pozwala takiemu Klubowiczowi jak ja uniknąć wyżej opisanych dylematów.  Pan Ołdakowski opublikował  bowiem w 2008 roku po prostu premierową powieść  milicyjną (i jest to już nawet druga taka książka w jego dorobku).  Jego podejście jest jednak diametralnie odmiennie niż czyni to np.  to Ryszard Ćwirlej,  który  umieszcza akcję  w latach 80-te ubiegłego wieku, ale wzbogaca  ją o alkoholowy realizm oraz bardzo nowoczesny  sposób prowadzenia  fabuły i dialogów (przekleństwa czy mowa potoczna w wypowiedziach wysokiej rangi oficerów milicji etc.). Od Marka Ołdakowskiego otrzymaliśmy raczej powieść, która odwołuje się bezpośrednio do klasyki naszego  ulubionego gatunku i z niespotykanym wprost wdziękiem kontynuuje  jego wady i zalety. Wygląda to tak, jak autor zrezygnował z pogoni za literackimi  modami i pseudonowoczesnoscią  i po prostu zaczął się  cofać  wesoło machając innym literatom goniącym za innowacją za wszelką cenę.

Zdaję sobie sprawę, że  ten wstęp jest nieco może przydługi, ale to zjawisko jest naprawdę unikalne na naszym rynku wydawniczym i zasługuje na kilka dodatkowych słów.

Fabuła powieści zaczyna się w sposób  bardzo miły: porucznik stołecznej komendy Piotr Skonar jest przemęczony sprawą Banasika, którą właśnie zamknął i otrzymuje zgodę na wykorzystanie odrobiny z zaległego urlopu (czyli cos koło tygodnia). Postanawia on natychmiast udać się na zasłużony wypoczynek do małej wioski  rybackiej o nazwie Bałutki. Gdy dojeżdżał wieś tonęła w porannej mgle. Porucznik  nie wiedział jednak , że pod osłoną właśnie tej mgły dokonywane jest na nadmorskich wydmach morderstwo. Miał on zreszta wtedy zupełnie inne zmartwienia, jako że nie miał skierowania na wczasy i musiał liczyć na urok osobisty, łut szczęścia oraz życzliwość  ludzi. I nie zawiódł się.

No, ale z drugiej strony urlop  – poza lokalizacją –  finalnie nie różnił się wiele od pracy, ponieważ  obsada miejscowego małego posterunku natychmiast postanowiła skorzystać z doświadczenia  kolegi z wielkiego miasta. A i na jednym morderstwie się nie skończyło. Czytelnik także się nie zawiedzie, ponieważ przyzwoite śledztwo jest jednak ciekawsze niż opis wczasów przemęczonego milicjanta. Nawet jeżli akcja powieści umieszczona jest w latach 70-tych ubiegłego wieku. Dodatkowo spirala zdarzeń się rozkręca, gdy popełnione zostaje  drugie morderstwo, a  główny podejrzany znika  bez śladu.

I powiem od razu, że  sprawą udało się rozwiązać pomimo braku  telefonów komórkowych, a nawet braku możliwości  zabezpieczenia śladów pierwszego morderstwa (wydmy po prostu z wiatrem zmieniły kształt).

Autor bardzo ładnie stylizuje swoją  powieść na okres gierkowski wplatając tak charakterystyczne dla kryminałów milicyjnych wątki, jak przeszłość wojenna bohaterów (chociaż tym razem jest to wyzwolenie Kołobrzegu przez ojca jednego z milicjantów), lub ulubione zajęcia pułkownika Zawadzińskiego (picie herbaty madras pomieszanej przez zonę z assamen oraz czytanie Dostojewskiego),   ale też sięga po przykłady otwierania się peerelowskiego społeczeństwa na nowinki ze świata  kapitalistycznego –  pierwszy polski klub zwolenników karate działający przy klubie osiedlowym na warszawskich Stegnach.

Książka ma także nieco archaiczną budowę: mniej więcej końcowe 1/3 poświęcone  jest w całości finalnej naradzie funkcjonariuszy, na której porucznik Skonar referuje wyniki śledztwa oraz faktyczny przebieg wypadków.  Nie ma więc miejsca na niedopowiedzenia czy grę półcieniami.

Natomiast co przeniknęło ze współczesnych trendów do powieści Ołdakwoskiego? W pierwszym rzędzie jest to brak wiary w ludzi jako takich oraz przeświadczenie, że dla pieniędzy wielu ludzi zrobi absolutnie. MO nie odnosi także finalnego sukcesu, ponieważ łapie mordercę, jednak osoba ponosząca moralną odpowiedzialność za zbrodnię pozostanie na wolności.  Jest za to element, który można by chyba uznać za feministyczny, ponieważ jedną z najważniejszych inspiracji do rozwiązania prowadzonego  śledztwa daje żona sierżanta Grabiaka, która pracowała na poczcie w Bałutkach i poczyniła istotne obserwacje obyczajowe. Ale z drugiej  z drugiej strony wynika z tego wszakże, iż sierżant zapewne opowiadał małżonce co bardzie soczyste epizody  prowadzonych dochodzeń ( w końcu była to sprawa o morderstwo). Chyba było to niezgodne z regulaminem, ale w czasach bez nadających codziennie przez całą dobę  stacji telewizyjnych i radiowych oraz prasy bulwarowej był to jedyny sposób, aby pewne informacje przeniknęły do szerokiej i złaknionej sensacji publiczności.

Bardziej rozbudowany niż zazwyczaj w naszych klubowych lekturach jest także  wątek uczuciowo-erotyczny, który  polega na ponownym zejściu się Skonara z niejaką Moniką (na początku powieści jest to jeszcze była dziewczyna), co zapewne zakończy się pierwszym  trwałym i stabilnym związkiem w życiu porucznika. Jako dowód słuszności moich podejrze? podaj? jedno z ostatnich zda? powie?ci, w którym stwierdza si?, ?e w twarzy śpiącej  obok porucznika  dziewczyny “była zaklęta  młodość i radość istnienia”. I jeszcze wypada dodać, że  wschodzące słońce  “wyczarowywało na tej samej twarzy  całe bogactwo barw”.

Potraktujcie proszę tytuł recenzji jak alternatywę do tytułu powieści. “We mgle”  jest bowiem sformułowaniem zbyt dobrym i wieloznacznym jak na powieść milicyjną i kilkadziesiąt  lat temu wydawnictwo optowałoby raczej za tytułem, jakie nadałem niniejszej recenzji.

Z mojego badania internetu wynika, że pan  Marek Ołdakowski pracował przez ponad 30 lat jako dziennikarz, a wcześniej przez kilka lat był wychowawcą w zakładzie poprawczym. Jego wydawca twierdzi, że “jego pisarstwo wywodzi swoje korzenie z tych dwóch źródeł. Stąd szczególne wyczulenie na kwestie społeczne, wychowawcze, moralne.” To pierwsza jego książka, jaką przeczytałem (i pewnie będą następne), ale potwierdza ona tezę z notki wydawniczej.