Szantaż w wodociągach (w: Przystań Eskulapa) – Ewa Helleńska 116/2010

  • Autor: Niziurski Edmund
  • Tytuł: Przystań Eskulapa
  • Książka zawiera także opowiadanie Szantaż w wodociągach
  • Wydawnictwo: MON, Wydawnictwo LTW
  • Seria: Labirynt, Kryminał
  • Rok wydania: 1958, 1962, 2010
  • Nakład: 20.000 egz. (Warszawa 1962. Wydanie II)
  • Recenzent: Ewa Helleńska

LINK Recenzja Piotra Kitrasiewicza
LINK Recenzja NN

CIĘŻKIE  JEST  ŻYCIE  PRACOWNIKA  WODOCIĄGÓW  MIEJSKICH

Edmund Niziurski jest znany przede wszystkim jako autor książek dla dzieci i młodzieży. Nieliczne  kryminały jego pióra ukazały się dość dawno temu i ich pierwsze wydania są raczej trudne do zdobycia.

Na szczęście wydawnictwo LTW wznowiło ostatnio „Pięć manekinów”  i  „Przystań Eskulapa”.  Druga z wymienionych książek zawiera też opowiadanie „Szantaż w wodociągach”, które było publikowane w Panoramie w 1957 roku w kilku odcinkach. Dobrze, że utwór ten został przypomniany.

W opowiadaniu spotykamy milicjantów znanych nam ze wspomnianych powieści kryminalnych Niziurskiego. Jest tu kapitan Kajetan Trepka, i narrator – porucznik Paweł Dziarmaga, spotkamy tu i sierżanta Kajtusa, i kaprala Drabka.  Do Trepki zgłasza się niejaka pani Kaszkietowa (jak zwykle Niziurski obdarza swych bohaterów dziwnymi i śmiesznymi nazwiskami).  Od kilku miesięcy ktoś szantażuje jej męża, Eugeniusza Kaszkieta, przysyłając mu anonimowe listy z żądaniem comiesięcznego okupu w wysokości czterystu złotych. Szantażysta grozi rodzinie Kaszkietów okrutną zemstą w razie zlekceważenia żądań lub doniesienia na milicję.  Cała sprawa wydaje się idiotyczna. Normalny szantażysta domaga się zwykle większych kwot i szantażuje ludzi zamożnych, mających coś na sumieniu. Kaszkiet to zwykły pracownik wodociągów miejskich, zarabia osiemset złotych miesięcznie i nie ma dostępu do żadnych tajemnic. Co więcej, szantażysta domaga się składania pieniędzy w miejscach ogólnie dostępnych – najpierw pod kamień z rzeźbą psa w ruinach na placu Krasińskich, potem w zlewie w zburzonym domu na ulicy Łuckiej.  Trzeba być kompletnym bałwanem, by zabierać biednemu człowiekowi połowę pensji bez powodu i odbierać pieniądze z miejsca, w pobliżu którego przechodzi codziennie mnóstwo ludzi.

Jest rzeczą oczywistą, że kapitan Trepka rozwiąże zagadkę, a rozwiązanie okaże się dość zaskakujące.  Mnie w opowiadaniu Niziurskiego zafascynowało jego charakterystyczne poczucie humoru i specyficzny styl utworu, podobny do stylu „Pięciu manekinów” czy „Przystani Eskulapa”. Nie znajdziemy tu typowego dla wielu peerelowskich kryminałów dydaktyzmu, a raczej kpinę, żart, elementy pastiszu.  Mnie Trepka i Dziarmaga przypominają trochę polskie wydanie Herkulesa Poirota i jego przyjaciela Hastingsa. Cała opisana w opowiadaniu sytuacja jest trochę nierealna i zabarwiona nutą absurdu. Mnie się to podoba.