Śmierć przyszła w południe – Grzegorz Cielecki 17/2010

  • Autor: Kostecki Tadeusz
  • Tytuł: Śmierć przyszła w południe
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo  LTW
  • Seria: Kryminał, tom 8
  • Rok wydania: 2010
  • Nakład:
  • Recenzent: Grzegorz Cielecki

W łazience czai się najgorsze

„Śmierć przyszła w południe” to ostatnia powieść Tadeusza Kosteckiego. Dzięki zaangażowaniu oficyny LTW, książka ta została przywołana z mroków niepamięci. Była dotąd bowiem dostępna tylko w postaci gazetowych odcinków z prowincjonalnych tytułów – „Gazeta Robotnicza” i „Głos Robotniczy”, gdzie drukowano ją w połowie lat 60. ubiegłego stulecia.

Czytane dziś ostatnie dzieło dzieło Kosteckiego ma urok pięknego bibelotu, ale jednocześnie wszelkie wady „gazetowców”. Widać pośpiech, nieco chaotyczności i niekonsekwencje. Autor wychodzi od klasycznego pomysłu wyspy, czyli śmierci w zamkniętym, niedużym gronie osób (podobnie zresztą jest w przedostatnim Kosteckim czyli „Smudze grozy”). Tu mamy pansjonat Naukowo pod Warszawą, tam mieliśmy odciętą od świata leśniczówkę. Różnica polega na tym, że w „Śmierci w południe” nie spotykamy naszego ulubionego bohatera, doktora Kostrzewy, a milicyjny kolektyw w postaci funkcjonariuszy: Birka, Lalewicza i Zielińskiego, że wymienię chronologicznie. Wszyscy oni uzupełniają się  w pracy i wspomagają wzajemnie.
Oto w łazience swojego pokoju zostają znalezione zwłoki Ernesta Steinera, profesora od fizyki jądrowej. Pierwsza nasza myśl prowadzi a priori ku wątkom szpiegowskim, przecież fizyk i do tego jądrowy. Jest to jednak mylny trop. Ani o szpiegostwie, ani też o dorobku naukowym profesora niczego w powieści nie ma. Są natomiast skomplikowane powiązania Steinera z osobami zamieszkującymi pensjonat. A to ktoś był Steinerowi winien kasę z tytułu długów karcianych, a to profesor miał kochankę ukrytą w kawalerce na ul. Nowogrodzkiej, a to ktoś był zawistny za przeszłe małżeństwo profesora, które zakończyło się samobójczą śmiercią połowicy. To tylko zresztą niektóre zagadki,    przed którymi stają oficerowie z Komendy Głównej. Tropy wiodą także na ul. Polną, Rondo Wiatraczna oraz do Anina. Te smaczki warszawskie i okołowarszawskie obecne są wprawdzie ilości śladowej, ale zawsze miłe. Lwia część akcji rozgrywa się bowiem w wyimaginowanym Naukowie i trzeba przede wszystkim wyjaśnić kto między 12 a 13 krytycznego dnia wyszedł z jadalnego, by załatwić Stetinera niepostrzeżenie. Wszystko wskazuje na to, że naukowiec zmarł zamroczony, a w konsekwencji zatruty bliżej nieokreślonym środkiem chemicznym na nazwie „trixi”, ponoć mającym zastosowanie  w gospodarstwie domowym.
Najciekawsze w powieści są liczne mylne tropy. Autor z wielką  dezynwolturą zmienia tor akcji. Dlatego też zakończenie wydaje się nagłym ucięciem intyrgi, pewnym pójściem na łatwiznę i dość sztucznym. Tak jakby naczelny „Głosu Robotniczego” zadzwonił nagle do autora i rzekł i z tego ni z owego: „Panie Tadeuszu, jutro zamieszczamy ostatni odcinek, tak więc kończ pan powieść”. Trzeba w dwóch stronach maszynopisu rozwiązać zagadkę.  Lektura pozostawia duży niedosyt. Niewątpliwie jest to bardzo poboczne dzieło Kosteckiego, natomiast wartością nieprzemijającą powieści tego autora, a zatem i „Śmierci w południe” jest soczysty styl i wielka swada językowa. Dużo tu charakterystycznej potoczności, zwrotów znanych tylko z Kosteckiego. Jest też kilka smakowitych opisów, np. postać dozorcy przeniesionego z Polnej na daleki Żoliborz: „Gąbczasty nos upstrzony gęstą siatką fioletowych żyłek „ (str. 71). Albo taka z  pozoru błaha obserwacja kulinarna: „Kucharka w Naukowie ma podobno przykry charakter, ale kreowane przez nią befsztyki są ponad wszelką konkurencję” (str. 66). Bohaterowie dużo palą (to też cecha powieści Kosteckiego), ale to tytoń podłej jakości: „Barcik otwiera paczkę, częstuje la nikt nie korzysta. Zapala sam, po chwili ma całe wargi oblepione  okruchami tytoniu (str. 56). Z kolei takie frazy jak „stargany do ostateczności łachman”, „ordynarny za przeproszeniem kur…hm dziwkarz” czy „niech tylko pani pozwoli zabrać manatki”, nawet wyrwane z kontekstu, brzmią  niezmiernie charakterystycznie, bardzo po kostecku, by tak rzec. Mają swój indywidualny nerw.
Dla miłośników twórczości Kosteckiego lektura obowiązkowa, a przecież to dla nich  ta książka została opublikowana.