Ruiny – Marzena Pustułka 138/2010

  • Autor: Łaniewski Jerzy
  • Tytuł: Ruiny
  • Wydawnictwo: Czytelnik
  • Seria: z Jamnikiem
  • Rok wydania: 1984
  • Nakład: 120320
  • Recenzent: Marzena Pustułka

Śmierć w ruinach czyli młody  ZMP-owiec na tropie

„Ruiny”  Jerzego Łaniewskiego to mikra książeczka ( mały format, mała pojemność), którą możemy od biedy zakwalifikować do kryminałów, chociaż nie milicyjnych,  raczej prokuratorskich. Jest to książka trochę dziwna, powiedziałabym że nietypowa, aczkolwiek trudno określić właściwie dlaczego. Zaczyna się dość normalnie, jak większość kryminałów — od znalezienia trupa. Trup młodej kobiety zostaje odnaleziony pewnego mroźnego, wczesnowiosennego poranka w ruinach starej, zniszczonej wojną kamienicy. Jest marzec  roku 1953, dosłownie kilka tygodni po wiadomej śmierci. Trwa powojenna odbudowa, jednak takich ruin znajduje się w centrum miasta jeszcze bardzo dużo, niektórzy z ochotą nazywają je „barem pod chmurką” . Zamordowana młoda kobieta zostaje zidentyfikowana jako Janette Worek, repatriantka z Francji. Jest mężatką, mąż pracuje jako kierownik internatu w pobliskim technikum kolejowym. Sprawą zajmuje się młody podprokurator Jacek Trzebiński. Jest to jego pierwsza poważna, samodzielna sprawa. Do tej pory zajmował się tylko drobnymi kradzieżami i chuligańskimi wybrykami. Postać młodego prokuratora jest dość interesująca, poznajemy go ,  gdy nad ranem wraca do własnego mieszkania po całonocnej, hazardowej  grze w brydża ( „Cóż tu bowiem ukrywać — Jacek grał już znakomicie, a że dawni koledzy ojca posiadali jeszcze resztki przedwojennych fortun, a  w brydża grali ostro, taka spędzona przy kartach noc przynosiła mu niejednokrotnie więcej , niż cały miesiąc spędzony przy biurku podprokuratora dzielnicowego”). Autor wyraźnie daje nam do zrozumienia , że takie zachowanie ( gra w brydża na pieniądze  ) jest naganne , nie przystoi młodemu prawnikowi, który do pracy w prokuratorze został oddelegowany przez Związek Młodzieży Polskiej, gdzie aktywnie działał. Trzebiński też ma tego świadomość ,  nie potrafi jednak walczyć z tą fatalną namiętnością (do gry w brydża), odziedziczoną po rodzicach i dziadkach.  Mało tego, jego nieprawomyślne pochodzenie podkreśla jeszcze fakt, że ma w mieszkaniu telefon , a przecież „większość młodzieży z zespołu prokuratury Warszawa — Praga pochodziła z mocnych klasowo, robotniczych rodzin. A takie rodziny — jak wiadomo — telefonu w domu nie posiadały”. No i teraz mam problem, bo trudno wyczuć, czy autor poważnie krytykuje młodego prokuratora , czy po prostu każe nam patrzeć na niego z „przymrużeniem oka” i nawet naśmiewa się trochę z panującego ustroju, na zasadzie „patrzcie, jakie to były straszne czasy, nawet w brydża nie wolno było umieć grać, bo mogli cię zamknąć za brak proletariackiego pochodzenia, a co dopiero mieć telefon”. Biorąc pod uwagę rok wydania książki,  chyba właśnie o to mu chodziło, ale jakoś tak głupio wyszło. Nie wiadomo zresztą, kiedy tak naprawdę książka powstała, bo rok wydania jeszcze o niczym nie świadczy. Akcja książki rozwija się dwutorowo — obrazki z prowadzonego śledztwa (głównie przeszukiwania i przesłuchania ) przeplatają się ze scenkami z poszlakowego procesu Jana Worka ( męża) , oskarżonego o zamordowanie Janette. I jedno i drugie nudne jak „flaki z olejem”, na szczęście książka cienka. I teraz proszę państwa następuje gwóźdź programu — książka nie ma zakończenia! Nie, nie dlatego, że mam niekompletny egzemplarz. Po prostu autor pozostawia nas w momencie, gdy sąd udaje się na naradę. Nigdy nie dowiadujemy się jaki był werdykt i kto naprawdę zabił młodą tłumaczkę. I koniec,  kropka.
Odnoszę nieodparte wrażenie, że cała ta książka to jeden wielki żart autora. Szkoda tylko, że nie ma się z czego śmiać. Chyba z siebie.