Pensjonat „Pod złotym lwem” – Norbert Jeziolowicz 44/2010

  • Autor: Frey Danuta
  • Tytuł: Pensjonat „Pod złotym lwem”
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 61
  • Rok wydania: 1973
  • Nakład: 100275
  • Recenzent: Norbert Jeziolowicz

Demon w domu spokojnej starości

To prawda, że powieść milicyjna obrosła w pewne rytuały czy też  schematy, które były wielokrotnie  powtarzane przez większość autorów, a twórczo rozwijane przez  najlepszych.

W jakimś sensie z próbą takiego rozwinięcia podjęła także Danuta Frey w „Pensjonacie Pod złotym lwem”. Zaryzykuję  nawet twierdzenie,  że fabuła tego utworu jest  świadectwem naprawdę bardzo poważnych ambicji autorki: dążenie do uzyskania  tytułu „polskiej Agathy Christie” lub „Joe Alexa w spódnicy”.   Autorka  zaprezentowała nawet kilka pomysłów naprawdę w peerelowskiej literaturze kryminalnej unikalnych lub co najmniej rzadko spotykanych — pozornie więc wszystko jest w porządku i powieść ta powinna należeć do żelaznego kanonu każdego członka Klubu. Podejrzewam jednak, że tak się nie stanie.

Powieść nie zaczyna się właściwie od „trzęsienia ziemi”. Na dodatek akcja rozgrywa się w pensjonacie, który pełni właściwie  rolę domu spokojnej starości dla kilku emerytów o bardzo ciekawych  życiorysach, np. byłego aktora, niespełnionego piłkarza  czy tez członków przedwojennej elity.  Na pierwszych stronach powieści mamy głownie obrazy seniorów,  którzy są sfrustrowani swoją starością , brakiem perspektyw oraz  niezrealizowanymi marzeniami. Pensjonat mieści się gdzieś na samym końcu świata czyli w Jazach. Niedaleko jest nawet klasztor i spory cmentarz. O posterunki MO nie wspominam, ponieważ ktoś w końcu musi rozwiązać zagadkę  morderstw oraz podejrzanego wypadku zdarzających się w tym prawie odizolowanym od reszty świata miejscu.

Nie chciałbym zdradzać zakończenia czy też szczegółów akcji, ponieważ jednak może komuś się  ten zeszyt  Ewy spodoba, ale punktem wyjścia do kryminalnego wątku jest fakt  będący tajemnicą poliszynela, ze jeden z pensjonariuszy posiada  znaczące oszczędności.

Poza sierżantem Latoszkiem  z posterunku w  Jazach na miejscu zbrodni pojawia się także major Rosiński z Komendy Wojewódzkiej, ale akcja  tej dziwnej  psychodramy koncentruje się w wąskim gronie  bohaterów oraz na bardzo ograniczonym geograficznie obszarze.

Czyli właściwie punkt wyjścia do dobrze i sprawie napisanej powieści detektywistycznej w stylu najbardziej klasycznym z możliwych.  Niestety, okazja została zmarnowana . Beznadziejne i wzięte absolutnie  z sufitu zakończenie już nawet  nie razi, jako że czytelnik  już wcześniej gubi się w gąszczu fałszywych tropów,  nieprawdopodobnych wątków i topornych dialogów.  Autorce – moim zdaniem – nie udało się stworzyć  interesującego wątku obyczajowego, który mógłby  wzbogacić  raczej wątły wątek kryminalny.

Także czytając po prawie czterdziestu latach  od jej wydania tę powieść bardzo brakuje jakichkolwiek elementów peerelowskiej rzeczywistości, które dają możliwość rozwinięcia wspomnień młodości.  Nawet zgodę na uruchomienie pensjonatu wydają  enigmatyczne „władze”, a nie chociaż powiatowa rada narodowa lub innego tego rodzaju organ ludowej władzy. Powieść mogłaby się właściwie równie dobrze rozgrywać USA, Peru lub Niemieckiej Republice Demokratycznej albo na księżycowej stacji kosmicznej i niewiele szczegółów wymagałoby adaptacji  do zmienionych  warunków.