Nikt nie żałował ofiary – Norbert Jeziolowicz 142/2010

  • Autor: Tkacz Kazimierz
  • Tytuł: Nikt nie żałował ofiary
  • Wydawnictwo: Iskry
  • Seria: Ewa wzywa 07
  • Zeszyt nr 118
  • Rok wydania: 1981
  • Nakład: 150300
  • Recenzent: Norbert Jeziolowicz

Zmarnowany przydział papieru

Ten nieco obcesowy tytuł recenzji  to próba  wyobrażenia  sobie mojej własnej pierwszej reakcji, gdybym przeczytał ten zeszyt właśnie w 1981 roku. Raczej dzisiaj także zdania nie zmienię.

To mogła być całkiem  dobra drugorzędna powieść  milicyjna ze wszystkimi jej wadami oraz zaletami. Ale nie jest. I zapewne „winę” za to ponosi niezwykle wpływowy redaktor Wojciech Piotr Kwiatek. W jedynej opublikowanej przez niego powieści („Za żadne pieniądze”) prowadził on dialog z najczęściej spotykanymi motywami naszego ulubionego gatunku, jednak nie podjął eksperymentów z samą formą powieści. W trakcie przygotowywania do druku powieści pana Tkacza pozwolił on sobie na zbyt dużą — moim zdaniem – ekstrawagancję.

Sama fabuła nie jest może specjalnie odkrywcza: w ośrodku wypoczynkowym dla naukowców UW w Międzyzdrojach  zamordowany (poprzez uduszenie) został  pan Zaczek. Śledztwo rozpoczyna porucznik Kamiński. Jak się później okazuje wczasowicze to typowi reprezentanci ówczesnego środowiska naukowego –  mają oni zresztą głównie wady niż zalety. Każdy ma coś do ukrycia i na dodatek każda z przesłuchiwanych osób kłamie. Powoli okazuje się, że chyba wszyscy mieszkańcy domu wczasowego mieli poważne powody do nienawiści wobec Zaczka, które mogą stanowić  motyw morderstwa. Potem mamy także do czynienia z drugim morderstwem w tym gronie, które jeszcze bardziej  zagęszcza atmosferę.

Ale opis fabuły nie oddaje perfidii autora. Otóż  zabieg polega na tym, ze cała  historia podzielona jest na krótkie rozdziały opowiedziane przez wielu narratorów – zeszyt podzielony jest na krótkie rozdziały opowiadane przez różnych bohaterów. I tak np. pierwsze przesłuchania każdego z urlopowiczów i kierownictwa  domu wczasowego opowiadane są zawsze z pierwszej osobie (czyli z pozycji przesłuchiwanego).. Nie jestem w stanie powiedzieć  ilu do końca tych narratorów jest, ponieważ po kilku stronach straciłem już resztki zainteresowania co do tego faktu. W drugiej części powieści pozornie wprowadzona zostaje pewna zmiana, ponieważ narratorem staje się sam porucznik, ale po kilku stronach autor wraca do pierwotnego pomysłu.

Skutkiem przyjętej formuły pisania mamy do czynienia z rezygnacją z opisu żmudnej pracy milicjantów i tych wszystkich czynności dochodzeniowych, które dodają tyle uroku powieściom kryminalnym, ponieważ cała wiedza jest właściwie pozyskiwana w trakcie przesłuchań i rozmów z podejrzanymi i świadkami. Dla mnie to strata dla powieści, ponieważ po prostu lubię towarzyszyć stróżom prawa w ich pościgu za przestępcami.

Autor jest więc nowatorski w formie, ale już bardzo tradycyjny w innych kwestiach: tytuł powieści należy do bardziej przewidywalnych, środowisko naukowe jest przedstawione w sposób negatywny jako osoby zakłamane czy  mało odporne na pokusy. Cała afera stanowiąca źródło morderstw (działalność dużej szajki przestępczo-przemytniczej) też  jest dość schematyczna. Możliwe zresztą, że za pomocą zabiegów formalnych usiłowano ukryć przeciętność całego pomysłu fabularnego, który leżał u zarania tego zeszytu. Co zresztą nie znaczy, ze pomysł był zły — on się po prostu niczym nie wyróżniał z tłumu innych.

Ale nawet w tak trudnych okolicznościach pozwolę  sobie wskazać na dwa elementy realiów Peerelu umieszczone w powieści:

  • podobnie jak ma to miejsc w komedii „Miś” przestępcy przechowują  pochodzące z nielegalnej działalności pieniądze na wspólnym koncie na hasło w banku belgijskim, co podnosi skutecznie ich poziom wzajemnego zaufania – o ile jedno z nich nie planuje nagle wyjazdu za granicę.
  • jedna z wczasowiczek przyznaje się — chociaż raczej niechętnie –  do ciekawego i chyba już zanikającego  zawodu: „Jestem twórcą ludowym, Robię dla Cepelii hafty i gobeliny.”

Ksiązka jest godna polecenia do lektury wyłącznie  Klubowiczom, którzy z dowolnych względów maja ambicję, aby przeczytać wszystkie zeszyty  „Ewy” lub też osobom uwielbiającym awangardę literacką. Reszcie populacji odradzam.